Blog

You are browsing the archive for 2020.

Space Siege

November 25, 2009

Kto ma ochotę skopać kulki hordzie kosmitów dybających na życie bezbronnych Ziemian? Uprzejmie prosiłbym rączkę do góry podnieść. Ah, rozumiem. No dobrze. Drzwi są tam, niech pan weźmie swojego dmuchanego aligatora i znajdzie pomieszczenie numer 69. A pan obok niech się nie ślini, bo podłogę zalał.

Gas Powered Games – twórcom Dungeon Siege najwyraźniej znudziło się zabijanie, mordowanie, wyżynanie i eksterminowanie potworów w kolejnych krainach fantasy toteż postanowili nieco odmienić sobie życie wysyłając następną grę w kosmos. Tak, więc nowiusieńki i będący właśnie w produkcji Space Siege polegać będzie na zabijaniu, mordowaniu, wyżynaniu i eksterminowaniu potworów na kolejnych poziomach statku kosmicznego. Łał. Niemniej jednak miła to odmiana, szczególnie że hack-n-slashy osadzonych w konwencji science-fiction jakoś dużo nie było. Ostatnie, co pamiętam to ten nieszczęsny Space Hack polskiej produkcji… Grając weź można było zejść z tego świata z nudów (lub zjeść pół biurka). No i ta różnorodność rozgrywki – raz na dziesięć godzin zmieniał się kolor jednego z przeciwników i dochodziła broń z nowymi parametrami do sklepiku, z tym, że wyglądała zupełnie tak samo jak poprzednie (swoją drogą i tak nie można było kupić, bo za droga i za dużo siły wymagała). No, ale miejmy nadzieję, że twórcy – skądinąd niezgorszego – Dungeon Siege podejdą to tematu bardziej… kreatywnie.

Dramatyczna historia ukazana w Space Siege rozpoczyna się w XXII wieku, kiedy to dumna ludzkość postanawia skolonizować parę układów planetarnych wykopując przy tym mieszkańców tychże planet w… no, wykopując ich daleko. To się wszak nie godzi! Te wstrętne kosmoludy miały czelność zająć nasze planety zanim się o nich dowiedzieliśmy! Szatany! Tak czy inaczej wreszcie odważni kolonizatorzy ze statku Rebecca Lee trafili na rasę, której nie uśmiechało się ot tak po prostu wyginąć.

Korzystając z umiejętności dziesięciokrotnego rozszerzania swoich brzuszków kosmiczni Kerak pożarli przybyszów z Ziemi i, co lepsze, postanowili że to oni skopią kulki Ziemianom zanim Ziemianie skopią kulki im. I tym oto sposobem pewnej spokojnej nocy Kerak zeźarły wszystkich, wszystkich ludzi. I już. Koniec rasy ludzkiej. Ha! Ale nie… Okazało się bowiem, że jeden statek kolonizacyjny o nazwie Armstrong (pewnie jest pomalowany na czarno i potrafi grać na hiperkosmicznej trąbce) przewozi ostatnich ludzi w poszukiwaniu nowej planety do podbicia. Kerak nie odpuszczają i tym razem. Napadają więc na statek. Ale tam jest on… Seth Walker.

Seth Walker to oczywiście gracz. Kierując tym superkomandosem i zarówno kosmicznym inżynierem pozwoli maleńkiej garstce ludzików przetrwać i odbudować cywilizację gdzieś daleko od Kerak. W tym celu Sethowi trzeba przemierzyć, przepełznąć i przeczołgać się przez cały statek kolonizacyjny strzelając przy tym do wszystkiego co się rusza a nie umie grać na banjo. Podczas tej wyczerpującej podróży Walkerowi towarzyszyć będzie jedynie robot-nijna-zabójca, nici więc z drużyny wzorem Dungeon Siege. HR-V – ów cybernetyczny przyjaciel będzie wykonywał wszystkie nasze polecenia bez mrugnięcia najmniejszą nawet diodą. A gracz dowolnie go sobie nawet zmodyfikuje. Ciekawość czy będzie mógł przenosić przedmioty? Bo i dobry z niego osioł juczny by był.

Jak to w hack-n-slashu bywa, cała rozgrywka opiera się na eliminowaniu kolejnych trylionów wyskakujących zewsząd niemilców (plus ćwierć miliona niemilców wyskakujących znikąd i sto tysięcy wyskakujących z szafek na buty). Aby było ciekawiej, pretekstem do kolejnych rzezi będą… questy! Należy jednak zaznaczyć, iż zadania nam przydzielane przez NPC będziem mogli przejść na kilka różnych sposobów. A skutki obranej drogi mają nie ograniczać się jedynie do różnicy w parametrze ataku karabinu-nagrody. Scenarzyści Space Siege coś cichutko mruczeli o wpływie gracza na linię fabularną, ale był to zbyt cichy pomruk by wiele z tego zrozumieć się dało.

Twórcy zapewniają, że frontalny atak na grupę wielkich zmutowanych dżdżownic nie będzie jedynym sposobem na ich eliminacje. Co prawda jest on najfajniejszy, ale ponadto możemy zastawiać na kosmitów pułapki, czaić się nań w mroku pomiędzy rurami za ściennym lustrem czy zachodzić od strony rectum. W tem wszystkim pomogą nam specjalne umiejętności, jakich nabywa Seth Łazik. A nabywa je w sposób stricte futurystyczny – przez wszczepianie kolejnych cybernetycznych narządów w zamian za te swoje, upośledzone bo organiczne.

Każden jeden narząd będziemy mogli dowolnie wymienić. Nogi, ręce, płuca, oczy – co kto lubi. Jednak pamiętać należy, że twórcy zaaplikowali do gry coś, co zwie się Współczynnik Człowieczeństwa. I będzie on spadać z kolejnym mechanicznym urządzonkiem wszczepionym w nasz tyłek. Jeno parsknąć się chce. Człowieczeństwo… Cóż to w ogóle jest?! Chyba lepiej być łażącym cyber-sługusem samej Śmierci niż jakimś tam człowiekiem, co dwóch karabinów nie uniesie, gdy załadowane do pełna są. Szczególnie, że fantów rozrzuconych po statku ma być ilości ogromne. I kto to nosić będzie? Wszystkie te karabiny, strzelby, pistolety, pancerze, granaty i masę innych zabawek, których zjedzenie prowadzi do niestrawności? Kto?

Jeżeli chodzi o stronę techniczna Space Siege to cóż, ale nie widzę w tym nic powalającego. Grafika prezentuje się jak na dziś standardowo – dobrze acz bez rewolucji. Modele postaci czy kreacja lokacji zdają się być jak najbardziej prawidłowe. Miejmy tylko nadzieję, że twórcy nie stworzą trzech pomieszczeń, które będą się powtarzać przez całą grę jeno tylko w różnych kombinacjach. Pamiętajmy jednak, że w hack-n-slashach nie chodzi jedynie o samą oprawę, a przede wszystkim o przyjemność płynącą z ciągłego mordowania, zbierania nieprzydatnych przedmiotów i podbijania statystyk kierowanej postaci. A o to raczej nie powinniśmy się bać, wszak twórcy nie są nowicjuszami w tym gatunku gier komputerowych.

Kosmiczną rąbankę rozpoczną gracze na całym świecie już w pierwszym kwartale przyszłego roku. Zwykli gracze pewno nie zdzierżą więcej niż trzech poziomów, ale fani hack-n-slashów będą wniebowzięci (ew. wkosmoswzięci) i zalani własną śliną od stóp do głów (niezależnie ile tych głów posiadają, a pewnym jest, że więcej niż jedną).

Wspaniała opowieść o sprawach psychosomatycznych

November 25, 2009

Historia, którą wam dziś przedstawię zdarzyła się bardzo dawno temu. Mniej więcej w okolicy lat poprzedzających wydanie przełomowego produktu jakim było Grand Theft Auto 3. Wierzcie lub nie, ale wszystek co tu stoi spisane wydarzyło się naprawdę, a postacie przedstawione w pełni prawdziwe i żyją – najprawdopodobniej – po dziś dzień.

Jak i wspominałem na początku, było upalne lato jednego roku końca lat dziewięćdziesiątych. Nowe milenium zbliżało się wielkimi krokami, ale nasz bohater zdawał się tego nie zauważać. Może przez jego dość konserwatywne podejście do życia. Może dlatego, że był księdzem katolickim i wszelkie wymysły o 2000-apokalipise czy innej pluskwie milenijnej nie robiły na nim żadnego wrażenia, gdyż po prostu w nie nie wierzył. Centrum miasta jak zwykle tętniło życiem, tłumy ludzi wlekły się po chodnikach w deszczu prażących promieni słonecznych i niezbyt miłej mgle zapachu ludzkiego potu. Każdy gdzieś się spieszył, każdy dyszał ostatkiem sił, ale mimo to pędził dalej ku swemu dzisiejszemu celowi. Większość ze zdziwieniem patrzyła na naszego bohatera – księdza – który to bowiem wolnym krokiem przechadzał się uliczkami w pełnym swym stroju służbowym – sutannie. Nasz ksiądz nie był już człowiekiem młodym, na twarzy rysowały się liczne zmarszczki. Siwe, krzaczaste brwi i nieco przerzedzone równie siwe włosy wskazywały że niejedno już w ciągu tych wielu lat przeżył. Z kolei zaś jego niemały brzuch mówił, iż nie żyje mu się biednie w tych stronach. Ksiądz w zamyśleniu przekroczył rzekę samochodów toczących się po ulicy i skręcił w mniej uczęszczaną, boczną alejkę.

Sznur licznych kamienic po obu stronach uliczki zdawał się nie mieć końca. Gdzieniegdzie na ławeczkach przesiadywali ludzie starsi, w kapeluszach chroniących przed słońcem i z laskami w dłoniach pozwalających oprzeć się grawitacji. Znacznie więcej było dzieci biegających co sił w tę i z powrotem, czy pluskających się w wodzie tryskającej z zepsutego hydrantu. Czas jakby tu nie płynął. Ksiądz wyrwał się na chwilę z zadumania by machnąć ręką poniektórym starszym ludziom, których najwidoczniej znał nie od dziś. Nie zatrzymywał się mimo to na pogawędkę. Najwidoczniej sam miał jakiś cel wędrówki, zupełnie jak niezliczony tłum koszul i neseserów tam w centrum.

Ksiądz stawiał krok za krokiem po rozpalonym chodniku. Coraz bliżej był swojego celu, coraz bliżej wypełnienia planu. Co nim kierowało nikt nie był w stanie powiedzieć. Jakaś żądza, może prymitywny instynkt, a może przekaz od Boga? Nie wie nikt, tego nie wie nikt… Ksiądz przystanął na chwilę, jakby coś olśniło jego umysł. Pomasował się bo brzuchu, sięgnął ręką do kieszeni swej sutanny i ruszył dalej. Teraz już był pewien. Tylko pewien czego?

Na horyzoncie, pod drzewem pojawiła się biała budka z otwartymi zielonymi drzwiami i, równie otwartą, parą okien. Stojący w kojącym cieniu drewniany budynek był dość sfatygowany, definitywnie przydałby się jakiś remont, nawet najmniejszy. W pierwszej kolejności wypadałoby na nowo obmalować całą strukturę farbą. A najlepiej dwa razy. Nad drzwiami wisiał równie podniszczony transparent oznajmiający ludziom przekraczającym próg, że wstępują właśnie do Królestwa Johna. Nasz ksiądz pchany jakąś przedziwną siłą zbliżył się do drzwi wejściowych. Nieśmiało przez nie zajrzał do środka, by po tym mocnym krokiem przez nie przestąpić.

Niepozorna z zewnątrz budka od środka jawi się jako zwyczajna budka z jedzeniem. Obok lady stoi ten sam co przez ostatnie piętnaście lat John, sprzedawca hot-dogów. Z początku była to jeno właśnie budka z hot-dogami, ale John nigdy nie gardził także sprzedażą hamburgerów czy innych dobroci fast-foodów. Pichcił właśnie na swym wiernym, stareńkim piecyku kolejną porcję mięsa, co by klienci dostawali zawsze gorący posiłek. John pasował wyśmienicie do tej scenerii – starej lady, starej kuchenki, starych nawet bułek które sprzedawał. Z jednego względu szczególnie – John też był stary. W przeciwieństwie do naszego księdza, John był szczupłym i wysokim sześćdziesięciolatkiem. Na łysej głowie naciągniętą miał śmieszną – chyba w założeniu firmową – czapeczkę w kształcie hot-doga. Na sobie zaś niósł wierny fartuch w czerwone pionowe paski. Znudzona pociągła twarz sugerowała, że dawno nie było u niego klienta.

Więc pewnie i ucieszył go widok przekraczającego próg księdza. Oderwał się szybko od piekarnika i przesunął o krok w stronę drzwi. Ksiądz zmierzył wzrokiem Johna, jakby szykował się do jakiegoś pojedynku. Podszedł bliżej lady i oparł się o nią dłońmi. W tym czasie John już wiedział co rzeknie na ten widok. Otworzył swe usta i z trudem wycedził swoim spracowanym głosem starego człowieka “Ile i z czym?” – Najwidoczniej John wiedział już po co ksiądz go odwiedził. I zapewne odwiedzał go już nie jeden raz. Ksiądz milczał. Milczał, bo najwyraźniej zastanawiał się co odpowiedzieć na zapytanie Johna. Mimo długiego dumania w drodze tutaj nie zdążył się zdecydować. A może myślał o czymś innym? Wszystko trwało ułamek sekundy, ale im dwóm czas płynął znacznie wolniej. Wreszcie ksiądz otworzył usta. Chciał już coś rzec, ale zawahał się. Stał tak przez chwilę z rozchylonymi wargami, aż wreszcie zmusił się do wydobycia ze swoich strun głosowych dźwięku. Słowa, wypowiedział niskim, basowym głosem – “Jeden ze wszystkim”.

I ot, koniec tej przejmującej historii. A teraz ta sama opowieść w pierwotnej wersji:
Wchodzi ksiądz do budki z hot-dogami. Facet od hot-dogów mówi – “Ile i z czym?”. A ksiądz na to – “Jeden ze wszystkim”.

Idiotyzmy z Marsa (czyli wstępniak do GTAc)

November 25, 2009

Witam serdecznie w kolejnym numerze zreinkarnowanego GTAcENTER! Ha! Wspomnąć jednak trza, że ja z Wamy spotykam się dopiero pierwszy raz za rządów Szkuta, a iżli czytali Wy dawien dawniejsze wydania magazynku to powinni mnie kojarzyć. Ot, tak. Mmmh!! No więc słuchajta, bo tu ostatnio w takim bloku jednym we piwnicy rura poszła. No to lecim ze Zdziszkiem żeby załatać, coby wody nie nalało się ludziskom na graty. No i Zdziszek zasapał się na schodach od piwnicy, bo jeno pomyliły mu się i biegł niemi do góry cały czas. Nie wiedzieć czemu. I mu aż papieros na brzuchola spadł i poparzył dziury w koszulinie. Ja w tem czasie wygładziłem wąs, pomacałem się po brzucholcu i mówię do Zdziszka. Zdziszek! Zdziszek! Na dół biegnij, nie do góry! No to ten zleciał ze tobołami i narzędziami. No i patrzemy. Słuchemy. No i próbujemy wybadać gdzie ta rura poszła.

Ja mówię. Pójść musiała tam, bo dudni. No, ale Zdziszek mówi żeby w drugą stronę, bo wilgocią zalatuje. No to my obaj żeby się nie kłócić i sprawę przemyśleć wyciągli po browarze, coby sił witalnych nabrać i nowe horyzonty myślowe roztworzyć. No i tak nam z dumania niewiele wyszło, więc wyciągli po papierosie i zapalili. Po dziesięciu minutach doszli my do wniosku, że źle my piwnicę obrali, a w ogóle to zły blok to był. No i biegiem dalej na rower i do bloku dalej. A tam i dudni i wilgocią zalatuje i śmierdzi zgnilizną jeszcze jednocześnie ze trzech stron na raz. No i my znowu dylemat mieli, więc wyciąglim po browarze, coby sił witalnych nabrać i nowe horyzonty myślowe roztworzyć. Z dumana nam jeno wyszło, że podróże w czasie są nie możliwe, a teoria superstrun conajmniej naciągana.

Tak czy inaczej zapalilim po papierosie, żeby se odpocząć po tem wysiłku całem z myśleniem związanem. Więc my poszli za przykładem wykrywania planet pozasłonecznych i badać zaczelim widmo rozwalonej rury. I tak my namierzyli, że to na wprost przed nami było. No i rzeczywiście conieco tam wody ciekło. No ale żeby taki jazgot robić o przecieczek taki malutki? No ja to nie wiem. Zdziszek też nie wiedział. Pogładziłem wąs i mówię, że rozwalać trzeba coby do rury się dokopać. Zdziszek się zgodził. Ale na to już nie była pora dzisiaj, bo zara W11 było, więc my zabezpieczyli miejsce napisem by nie tykać, potem na rower i w długą do domu, tam pół litra i W11. Dnia następnego my wrócili do bloku, a tam już kałuża się ulała sporawa. No i przechodzim do demontarzu ściany. Tłuczemi, bijemy a tam… TAAKIE RURY! No mówię wam. A jedna cieknąca franca. Więc chwycilim za narzędzia i dawaj rurę wydzierać, bo do niczego się nie nadawała, choć solidne, żeliwne rursko. Aż mnie się wąs spocił. No a ta franca nic, nie drgnie nawet. Wtedy Zdzich mówi, żeby my chociaż wodę odcięli czy co tego. No ale po co? Wzielim więc taśmy klejącej, woskiem skapali, szpachlą zarzucili, na rower i w długą. No i to bedzie tyle. Fascynująca historia, tylko nie ma w niej żadnego słonia. Ale tak czy inaczej dyszka dla ciebie. Historią przemówił do państwa Pan Edek – renomowany hydraulik z Sandomierza. A teraz posłyszmy co do powiedzenia ma głos Budynia z Xerdunordanu 76. BLe blwe ell lelblebleblblbl ebeee!!! BEUEUUE!EEE!!!!!!! UEEEEUEUEU KUEEKEKEUE!!!!!!!! BLEEEEEEEEEEEEEEE!!!! BELELELELEL!!!! BUBUBUBUBEEELELLELELEL!LEL!EL!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Święte słowa, panie Budyń (zwany także czasem, nieco z francuska, Budę). Mimo tej dosadnej krytyki Budę jednak czytajcie nowy numer. Bo to fajna sprawa – czytać i rozumieć co czyta się. Czyż nie? Kumbaja ptang?

Napisował to wszystko: Pan Edek / Budyń / Tedi — Trójca Śnięta (dziś tylko trzy osoby w jednej)

O wrażeniach płynących z gry w San Andreas – czyli seks z Pam Anderson

November 25, 2009

Szkut mnie bije gumowym pasem, żebym mu napisał do tekstu wspólnego coś o wrażeniach płynących z mojego monitora podczas grania w San Andreas. Gdzie płynących? Nie wiem. W każdym razie nie wiem co to za pomysł, żeby w GTAcENTER pisać o jakimś… GTA! I to jeszcze San Andreas. Kto to kiedyś widział, żeby w GtaCenter teksty o grach komputerowych były. Jeszcze tych paskudnych i koszernych grach jakie serwują nam Japończycy tudzież inni Amerykanie mając na celu zmiękczenie mózgów i… o w mordę! Zmiękczenie wody! Podczas gry płynące wrażenia spływają do naszych kanalizacji gdzie miękczą wodę! Matko boska wielkiego potwora spaghetti!

No, ale nie o tym. W San Andreas grałem dawno, dawno temu. Chyba byłem jeszcze wtedy czarny nawet. Mhm. I śpiewałem techno i grałem nawet hip hop. Na podwórku, przed domem. Na banjo dziadka. A może to było banjo babki? Hm… Ich bajna są dość podobne, a pamięć omylna. Więc grałem na tym banjo, grając hip hop, przed domem, na podwórku grając w San Andreas co by zmiękczyć wodę dla Japończyków. No i pięknie było. Pięknie. Wielki, muskularny afroamerykanin machał tyłeczkiem przed moimi oczyma. No cudnie. No i strzelał jeszcze wypinając swoje pośladeczki. O! A potem się spasł i go utopiłem w jeziorze. Na traktorze. Ale przeżył. Bo był karpiem. Dziwna sprawa.

I pewnej nocy grając sobie w San Andreas przybył do mnie Wódz Pawie Oko. Nie wiem czego chciał, bo zajrzał jeno do lodówki i wyszedł oburzony. A ja płynąłem na fali płynącej z wrażeń San Andreas o bohaterach mojego przeżycia. Nie było to łatwe. Trzeba mnie było ponton najpierw nadmuchać, bo sam osobiście pływać nie umiem, ale wsparty duchowo przez ponton na falach unoszę się wyśmienicie. Jednakowoż wolę przychylność dmuchanych krokodyli, bo co jak co, ale krokodyl pontonowi nie równy. Przyznacie sami. Aż dziw, że w San Andreas nie było żadnego krokodyla. I pontonu. Ale był za to samolot. I to nie jeden, o! Szkoda jeno, że nie łatwym było wydostać się nim poza atmosferę ziemską. Szkoda, szkoda. Ale ze spadochronu się fajnie skakało. Co prawda spadochron sam ma ledwo kilkadziesiąt centymetrów, a lot z niego nie był zbyt długi. No, ale wspomnienia pozostają. Skoczyłem tylko raz, za drugim już się bałem. Bo w okolicy grasowała dzika czarna dziura z dość niesympatycznym grymasem na horyzoncie zdarzeń. Widać było po aparycji i dżetach z niej ulatujących, że menda z niej niemiłosierna.

No i ten murzyn, którym byłem jakiś czas temu miał straszne problemy rodzinne. Matka go biła i jej ręce pourywało. Ojciec się spijał jak świnia, i spija się nadal, bracia jeździli na jednym rowerze w obie strony naraz, a cioteczka machała grzybami znaleźnymi pod przystankiem. Piętrzyły się też innego rodzaju różne patologie, ale lepiej o nich nie wspominać. Rzeknę tylko słowem – flatufilia. I wszystek jasne już jest. No i ten czarnoskóry miał swoich plenipotentów w innym wymiarze, przynajmniej z tego co zrozumiałem z fabuły, całej tej pożal się boże potworze (spaghetti), gry. A główną ideą jaka przyświecała murzynowi i jego plenipotentom to był bodajże imperatyw kategoryczny, ale pewności nie ma, bo mówili w slangu i ciężko zrozumieć był bełkot ten psu sąsiadki – Aluńci.

Faktem jest, że pies nie żyje dłużej niż Nietzsche, ale łeb miał nie od parady, a slangu zrozumieć nie mógłby i tak. Z głównej przyczyny, że był psem. Gdyby był oponą, to kwestia byłaby zupełnie inna, praktycznie nie dyskusyjna, ale był psem i zrozumieć nie mógł ni krzty z tego co mu zaserwowali w psią budę (nie mylić z Budę, francuską formą budyniu). Uf, dajcie mi odsapnąć. Gargantuiczne stężenie patosu i absurdu. Ufff. Więc szarżował tenże czarnoskóry ze sztandarem Kostaryki w dłoniach na okopy Moskali oswabadzając tym samym redutę Ordona. A jak to wiadome, Ordon wiatrakiem był i mu się to nie spodobało. Nie wiedzieć czemu wybuchł. Bez powodu. Bo nie wiedzieć czemu wybuchł. Przynajmniej tako rzecze Zaratustra. Ja tam nie wiem.

Wtedy z Albionu przyjeżdża zły i skorumpowany policjant polskiego pochodzenia i zakuwa afroamerykanina i jego piękne – później spasłe – później zwisłe – później znów piękne pośladki w celi razem z dewiantami seksualnymi. Nie wiedzieć czemu, nad ranem to dewianci czuli się bardziej przygnębieni niż afroamerykanin. Dziwne zwyczaje panują w więzieniach. Dlatego też afroamerykanin skazany na śmierć podjął ucieczkę śrubką wykręconą z mechanicznego pingwina, przekopał się nią do stołówki, gdzie wylał keczup, na którym poślizgnął się naczelnik gubiąc majtki. Majtki owe posłużyły do amortyzacji wahadła sprężynowego, które zrobił w celi z – o dziwo – wahadła i sprężyn. Potem wciągnął w swoją intrygę grubego Hawajczyka, który go miał z założenia – jak to grubi Hawajczycy – opóźniać w ucieczce, a w konsekwencji dać się złapać. Ukradzionym kluczem francuskim robił podkop pod dywanem naczelnego buca w więzieniu – wikarego Dżonatana. Ten nic nie wiedział, bo stał bokiem. Tak więc afroamerykanin porwał starego dziadygę, który miał drobne na koncie, by im wszystkim pozwoliły uciec ze stanu miejskim autobusem. Jednakże, afro-prizon-amerykanin-brejk nie przewidział, że autobus miejski… Nie jeździ poza stan.

Więc ich złapali za krzakiem, ale tak naprawdę to on złapał ich. I powiedział “Wuzdabuzdu” i umarli. A mnie się w to wszystek świetnie grało. Bo czołg był i supernowoczesny myśliwiec, którem można rozbić się o najwyższy budynek w stanie. Mniam. No, ale to nie jest tak jak myślicie. Ja nie miałem stosunków z Moniką Lewinsky. Choć, może kiedyś… No nie ważne. Tak czy inaczej Aluńcia zachwycona była niepomiernie tym wynalazkiem jakim są gry komputerowe. Z błogością tłukła w Tetrisa całymi dniami, a jak odkryła Pasjansa dostała orgazmu. No, ale pokazałem jej wreszcie San Andreas i się kobiecina zaśliniła calusieńka. I dywan cały. I meblościankę. I nawet regał piękny, barokowy z wykończeniami, rokokoko i te sprawy. Choć przyznam, że kobicina niech się cieszy. Bo i w życiu niewiele cieszenia miała. Kiedyś niejaki Sokal wyśmiał ją w swojej książce. Strasznie drań postąpił, a ona przecież tylko doszukiwała się algebraicznego systemu dekadencji i altruizmu emancypacji XIX wieku. Nie wiedziała, że Lew Trocki zrobił to przed nią. W Meksyku. Więc się Aluńcia zadumała, obraziła i strzeliła focha na koniec.

Wiedzcie, że San Andreas świetne jako przystawka do obiadu jest. Najpierw sobie wyskakujesz z piłą mechaniczną na miasto, a tam GEDORAH w stawie siedzi. Gracz myśli – co to u diabła? A tu nie, nie u diabła. Wcale, a wcale. Gedorah to kolejna postać tragiczna. Mąż bił ją pogrzebaczem, dzieci prały mokrymi skarpetami, rodzice napieprzali po głowie perskim dywanem, teściowa gryzła w udo, a teść, teść nic nie robił. Bo był martwy. Straciłem impet, widzicie? A powinienem mieć impet – jak rzecze Sun Tzu – niczem obły kamień toczący się ze wzgórza. A tak.

W zasadzie nie wiem co ma do tego Pam Anderson, ale sumienie jakoś mnie nie pozwala aby o niej nie wspomnieć. W jakim kontekście? Może w kontekście Gedorah? Że podobne do siebie? Może. Ale jakby Pam zamachnęła się swoimi cycami to i z Gedorah niewiele by zostało, to trzeba jej przyznać in plus. Ale jak to mawiał Tao Te Ching – Iść, znaczy iść dalej. Iść dalej, znaczy powracać. W angielsku brzmi to lepiej, a w starochińskim pewno pysznie jak smak klucha na łachu. Pięknie rzekł Tao Te Ching, a jak trafnie w związku z Pam. Dość paralelnie.

Skąd inąd zachodzi pewien konflikt interesów między – starożytnym, nie ukrywajmy – Tao Te Chingiem a naszym afroamerykaninem. Rozumiecie, dwa różne światopoglądy (imperatyw kategoryczny!), dwie różne kultury, dwa różne światy. Może dlatego Tao Te Ching opuścił dwór durnego cesarza i wyruszył w podróż, choć był taki stary już? Może i być. A może to przez miecz Damoklesa wiszący nad planetą nadchodzący z głębi Obłoku Oorta, gdzie żerują magiczne Budynie? Wiecie, kiedyś słyszałem, że jeden magiczny budyń zjadł dwóch Brytyjczyków za jednym razem. I mu smakowali nawet. Dziwak.

Budyń ten był pod okupacją rosyjskiego caratu, i jakoś mu nieśpieszno było do konsumpcji Kuryli i Aleutuów. Dlatego zamieszkał po latach niepokoju w Port Moresby, w Papua-Nowa Gwinea. A co! Ponoć to on był też przyczyną rozruchów na placu Tiananmen, ale nikt tego potwierdzić w stu procentach nie może. Szczególe, że f(x) wychodzi nieco inne. Może jednak San Andreas nie jest takie złe w porównaniu do feministycznych poglądów egzaltacji XVI wiecznej elity północnej Abchazji, ale mimo wszystko nie zachwyca tak jak Jesień Średniowiecza Huygensa. Co to, to nie.

Tak czy inaczej jest to swego rodzaju meritum teraz, bowiem San Andreas jest fajne, ale grać w to dziś nie sposób. Szczególnie dla leniwców i osób o refleksie betonowej ściany. No, ale jak grywa się jeno w Pasjansa na najwyższych detalach (liczba klatek na sekundę spada do około 0,5 fps) to i tak być musi. Musi, nie musi. Znaczy, jest to dość kontrowersyjna hipoteza. Można by rzec, że bardziej kontrowersyjna niż stwierdzenie, że Biblia to dobre źródło historyczne. Prawdę mówiąc już lepszym źródłem historycznym jest kronika Gala Anonima, który wspomina, że jednego roku narodziło się ciele o dziewięciu głowach i dziewięciu kopytkach. Taki z niego ćpun i schizofrenik był.

Potok słów płynie przeze mnie jak rzeka. Lepiej niż przez pijanego Morrisona. Serio. Lecz wiedzcie dzieci, że pingwin eksplodować musi. Niezależnie czy stoi na, czy pod telewizorem. Choćby był z piernika (telewizor). Z piernika był też nasz afroamerykanin, którego zagrywałem na śmierć. Taki pyszny z niego pierniczek był, że pożarła go kiedyś ryba. A raczej wiele ryb. Jednak w sumie to jedna. I nie był nią sum, a wieloryb. Choć wieloryb ani myśli być rybą, cwaniak jeden. Co tam się działo lepiej określić jednym tylko zdaniem – gehenna. Generał Bem by przynajmniej wielorybu z rakietnicy przypieprzył w podudzie, ale że go tam akurat nie było piernik musiał się przeciskać przez gruczoły potowe. A to miłe nie jest, wierzcie mi.

Brak mi jeno ciągu fantastycznego w tej całej opowieści o afroamerykanie. Ot, żeby spotkał księdza katolickiego niosącego w umyśle nauki Chrystusa. To by była fantastyka. Albo żeby spotkał bezdzietnego mormona. Taak. No, ale trywialna i realistyczna historia, którą wam streściłem jest tak płytka jak jest – płytka jak płytka. Płytka DVD w tym przypadku. Słuchajcie więc mnie, mechaniczne sowy. Bo mądrze mówię już od samego początku – nieładne ze strony twórców było pominięcie całkowite doktryny Monroego w strukturze gry. Wstyd! Po prostu wstyd! Ja nie wiem gdzie oni się wychowywali, w Kambodży u Pol Pota?

Wspaniały wódz Mao kiedyś rzekł. Rzekł bardzo mądrze. Rzekł tak mądrze, że właściwie nie zrozumiałem co rzekł. Moje uszy niegodne jego mądrości. Wielki Mao rzekł, a potem najechał Tybet. I ogolił wszystkie głowy lamom. I wtedy lamy uciekły w Andy. Nie wierzcie, że lamy cały czas żyły w Andach, to obrzydliwe kłamstwo! Potem Mao się sklonował i poleciał w kosmos. Chińczycy to fajny naród. Pomysłowy i skory do wielu zabaw. Szczególnie z bronią. I białą i palną. I atomową nawet. Miłe to z ich strony.

Żeby było milej, wspomnę o jakimś komuniście. Ot, o Stalinie na ten przykład. Ponoć ojciec go bił i zamykał w szopie. Radykalnie wpłynęło to na postać naszego afroametykanina, który podług koncepcji twórców całkowicie różnił się od podanego wyżej Stalina. Tylko kolor skóry pozostawili im ten sam. No i włosy w nosie. Budowniczy wieży Babel. Kto? Nie wiadomo.

Kiedyś w dolinie Eufratu i Tygrysu żył sobie Nabuchodonozor. Jeździł po krainie w swoim poniemieckim (a właściwie post-pruskim) czołgu A7V i strzelał do żyraf. Pewnego dnia odwiedził go Omar Sharif i zapytał. O co go zapytał i jaką dostał odpowiedź do dziś nie wiadomo. Anarchoprymitywiści twierdzą, że coś o upadku zachodniej cywilizacji. Neofaszyści – o rezurekcji Adolfa – koker spaniela zdechłego w ubiegłym roku. Dentyści, zaś o ukrytych pośród nich zbrodniarzach hitlerowskich, SS-manach i naukowcach doktora Mengele. Kto ma rację wie tylko Krzysztof Ibisz. Bo on wie wszystko, i ma piękny zgryz. Rzekłbym – solidna niemiecka robota.

Słuchając tego wszystkiego można dojść do wniosku, że twórcy fabuły San Andreas odeszli od zmysłów dziesięć lat temu i do tej pory do nich nie wrócili. To chyba był rozwód permanentny. Ale cóż biedny człeku, musisz sprostać ich fanaberii. Jak nie, toś faggot. Czemu? Już śpieszę z wyjaśnieniami. Otóż na początku czternastego stulecia… Nie wydarzyło się w tym względzie nic. Wiek później ani drgnęło. Ale już siedem eonów wcześniej… Coś było nie tak. Czyżby czas oderwał się od przestrzeni? Czyżby czarna materia nagle wybielała ze wstydu? A może czarną materią jest wierszowany Murzynek Bambo, który boi się wybieleć? Słuszny strach tutaj zaobserwować można. Bo skąd się wziął nagle tutaj neandertalczyk jak nie z mleka? A? Dodajmy, że ów typ zajadał się świecami i pił kartony zostawiając sok dla dzikich mamutów. Ze sztywnymi członkami. Wszystkimi.

I tu mamy jawne zaprzeczenie teorii ewolucji. Bo skąd się nagle u neandertalczyków wzięły mamucie sztywne członki? Hę? Toż to podważa wszystko co ten dziwak Darwin wymyślił. Niechże sczeźnie w piekle stary zbereźnik! Takie świństwa by nie przyszły do głowy nawet Markizowi De Sade. Ot! Choć już po hrabim Motne Christo bym mógł się spodziewać. Jak to po facecie kopiącym dołek przez pół życia. A mógł przecież wykorzystać ten sam sposób ucieczki z więzienia jaki użył nasz afroamerykanin w jednej z misji. Czyż nie prostsze? Trud byłby nieco z drobnymi na autobus, ale z pewnością by sobie z tym poradził przebierając się wcześniej za strach na wróble.

Kiełbasa jęczy mi za uchem co bym już kończył te wywody na temat wrażeń płynących z gry w San Andreas. Jak widzicie, cała gama wrażeń nam się tutaj kreuje w kolejnych misjach, etapach, dzielnicach. Cóż, to piękne, że twórcy postarali się zawrzeć całą historię ludzkości w jednej grze. Chała im za to! Chała po wsze czasy! A Mike Oldfield zagra im na dzwonie rurowym. A co! Jak rozmach, to rozmach. A nuż się Bela Lugosi podniesie z grobu, to i rzeknie przekonująco by pociągnąć za sznurki, bo on nie ma już domu. Tak to jest podczas realizacji Planu 9. Skądinąd nie z bliska.

A skoro już o tym. Jeżeli by kto miał reżyserować San Andreas, tę ich fabułę, którą streściłem, to jeno mógłby to być Ed Wood. Bo on by sobie z nią jeden tylko poradził. A jakże. Bo to geniusz był proszem pańestwa, moje drogie mechaniczne sowy. Zapraszam do rzeźnika po odbiór reszty. Nie będę się rozdrabniał i rzeknę – Drang nach Osten ludzie! Drang nach Osten! Mit deine orzeszek und die sztrase! Drogie mechaniczne sowy, zauważcie moje zapędy poligloty z trampoliną. Co innego gdy się mówi o czymś innym. Wtedy jest zaiste inaczej. Choć to także kwestia dyskusyjna – jak kształt wszechświata rysujący się jako jedna podwójna membrana.

Ot, czuję że zbliża się wielki kolaps. Tekst rozwijał się i rozwijał od początkowej wielkiej eksplozji. Ależ w środeczku znów wyhamował by w końcowej części znów dynamicznie się zwęzić do jednej supergęstej i nieskończonej osobliwości. Tak więc i spotkamy się następnym razem, przy kolejnym wybuchu, tyle że tamtym razem rozszerzanie się tekstu może się już nigdy nie zakończyć. A byłoby to bardzo bolesne dla moich palców i waszych mózgów, tosterów, czy czego tam jeszcze używacie do pomyślunku. *yawn* O, proszę. Widzę, że to już stan niemalże hibernacji tekstu. Zło. Zło. Zło. Zło. Zło. Zło. Zuo. Zło. Zło. Zło. Zło. Zło. Zło. Co ciekawe, nie użyłem kombinacji CTR+C CTR+V do napisania tego poprzedniego. Widzicie więc – każde zło jest oryginalne i na swój sposób niepowtarzalne, bo pisane samodzielnie i rzetelnie i profesjonalnie i ogólnie zią! AAAA!!!

Supreme Ruler 2020

November 25, 2009

Witajcie Ziemianie, tu mówi Yxarderaenhhh CMXXXIII z planety Xidredoran 76 w galaktyce Pluzdraciaha bliżej znany wam jako Przemysław Bryk. Dziś chciałbym przedstawić Waszej zacofanej cywilizacji zarys kontynuacji naszej ulubionej gry komputerowej, którą już niedługo dostarczymy na Waszą małą planetkę.

Otóż jakiś czas temu, jeden z naszych wysłanników przywiózł z Waszej (tak, tak, z Waszej) planety grę Supreme Ruler 2010. Gra owa podbiła sergla i wymorny fanów komputerowej rozgrywki na naszym rodzimym Xidredoranie 76. Byliśmy nią po prostu zachwyceni. Każdy młody i stary, rzadki i gęsty, okrągły i kwadratowy – wszyscy chwytali w swe macki klawiatury i myszy by bez ustanku, przez kolejne tradony grać w ten największy cud Waszej cywilizacji. Gdy już obgraliśmy Supreme Rulera 2010 na wszystkie sposoby (nawet niektórzy grali wspak i po Rumuńsku) wysłaliśmy naszego plenipotenta do twórców tego arcydzieła. Byliśmy zaszokowani, gdy dowiedzieliśmy się, że Battlegoat Studios było zaskoczone, że z zaskoczenia ktoś kupił ich grę. Ponoć zawsze myśleli, że ich produkcję nabyło tylko dziesięć osób z Gwinei Równikowej. Notabene, są to imigranci z konstelacji K`uhs`ygasd w czwartym Bragydorze. A tak przy okazji, jest mi smutno, Ziemianie, że żaden z Was nie zainteresował się tym arcydziełem na skalę galaktyki. Najwidoczniej jeszcze jesteście na zbyt niskim poziomie rozwoju, by móc pojąć Supreme Ruler 2010. Pfh, co ja mówię. Wy nawet nie macie macek i dedrontów!

Tak czy inaczej, zażądaliśmy niezwłocznego wydania kontynuacji SR2010 i stąd właśnie wziął się ten międzygwiezdny plan produkcji Supreme Ruler 2020. Gra zostanie stworzona tutaj, na Ziemi, wytłoczona w hutach przy Galamorze IV i rozprowadzona po całej herystej części galaktyki za pomocą uratyjskich krążowników pyłowych. W tym także i u Was. Prawdę mówiąc, nie liczymy na wysoką sprzedaż w Układzie Słonecznym, chociaż z Wami nierozumnymi małpiszonami to nigdy nic nie wiadomo.

Supreme Ruler 2020 nie będzie zbytnio różnić się od poprzedniczki. Nadal gracz będzie zasiadał na fotelu przywódcy wybranego ziemskiego narodu i prowadził go do ogólnej dominacji nad pozostałymi nacjami – zarówno dominacji militarnej, jak i ekonomiczno-gospodarczej. I nie myślcie, że bycie przywódcą takiego państwa to ot tylko kierowanie ruchem wojsk czy wyznaczanie produkcji odpowiedniego modelu czołgów. O nie! Tutaj zarządzamy dosłownie wszystkim – kontrolujemy bezpośrednio budżet państwa, ustalamy jaki procent podatków ma zostać wydany na szkolnictwo, opiekę społeczną czy służbę zdrowia, obieramy preferowane taktyki bojowe, sprawujemy pieczę nad badaniami naukowymi, zajmujemy się rozlokowaniem przemysłu lekkiego i zbrojeniowego, wydobyciem surowców naturalnych, budową kolei i autostrad. Poza tym należy zadbać o dyplomację oraz handel międzynarodowy by zaspokoić zapotrzebowanie choćby na ropę czy węgiel. No i wciąż należy spoglądać na pasek popularności wśród ludu (ew. przywódców wojskowych, gdy jako ustrój mamy komunizm). Można by wymieniać tak jeszcze długo, to wszystko czym zająć się powinien gracz podczas rozgrywki. No, ale przecież lepiej będzie, jak wybierze sobie jednego z dostępnych ministrów, by zadbał o to wszystko za niego. Jednak prawdziwy Xidredoranin robi wszystko sam, własnymi mackami.

Gdy już wyprowadzimy swoje państwo na poziom lokalnego supermocarstwa możemy przejść do tego co najlepsze – podboju sąsiadów. Wojna to jeden z ważniejszych elementów rozgrywki, choć nie będzie ukazana w szałowy sposób. Ot, po prostu figurki-symbole poruszać się będą po mapie w określonym kierunku i napadać na figurki-symbole przeciwnika. Ale słuchajcie mnie, w poprzedniej części miodnie się spoglądało na przesuwającą się granicę w stronę stolicy wroga. Żadnych samodzielnie dowodzonych bitew, żadnych trójwymiarów i wybuchów. Czysty minimalizm. Jak i poprzednio, sam gracz zadecyduje czy rozgrywkę poprowadzi w czasie rzeczywistym, bądź jak woli w turach. Piękne rozwiązanie. Szczególnie, że zmiana ta nastąpić może w każdej chwili, zależnie od stanu sykurotomoloniny w organizmie grającego.

Słabą sprzedaż na Ziemi poprzedniej części twórcy usprawiedliwiali trudnym do opanowania interface`m. Bzdura. Przynajmniej dla nas na Xidredoranie 76. No, ale Wy Ziemianie tacy ułomni jesteście jacyś. I refleks betonowej ściany macie. Na naszej planecie to jest główny temat żartów o ludziach. Naprawdę, dzięki Wam niejeden wieczór ze znajomymi przy kilku frydach kończy się bólem pulpaxów ze śmiechu. U nas, najlepszy gracz potrzebuje tylko pięciu macek do obsłużenia Supreme Ruler 2010. Mimo to, Battlegoat uparło się, by jeszcze uprościć interface. Tak, by ludzie i inwalidzi z wojen sergorrorjańaskich pograć mogli.

Prostszy interface wcale nie oznacza, że cała gra będzie bardziej spłycona i okrojona z niektórych elementów. Co to, to nie! A wręcz przeciwnie nawet! Twórcy planują pogłębić model ekonomiczny i polityczny gry. Dodatkowo twierdzą, iż poprawią sztuczną inteligencję komputerowych przeciwników. Całe szczęście, toć komputery z Der myślały lepiej i szybciej niż wróg w SR2010. Nieoficjalnie mówi się, że algorytmy SI przekazali twórcom sami Tregocjanie z ich gwiezdnego komputera-matrycy wiszącego ponad chmurami wulkanicznej planety oB–213. Nie wiadomo co na to Sergitus – sam komputer-matryca. Wszak on niezbyt przychylny jest grom komputerowym.

Ponadto wymyślono, że przy okazji wydania sequela wypadałoby poprawić nieco oprawę graficzną Supreme Rulera. Znów pomysł niedorzeczny jak zjedzenie ukrala. Całe szczęście będą to tylko poprawki kosmetyczne, na które składać się mają na ten przykład zdjęcia ziemskiego globu wprost z satelitów NASA i krążącego od kilku lat po orbicie glamyckiego wszechpanercnika. Bardzo dobrze, że nikt nie wpadł na pomysł – o zgrozo – przeniesienia gry w trzy wymiary! Ble! Takie posunięcie zniechęciło nas choćby do dalszego wspierania finansowego producentów serii Europa Universalis. A takich Sygotów na przykład już rozdrażniło kosmicznie. Istoty te żyjące jedynie w dwóch wymiarach pogubiły się już w samym menu. Ciężka sprawa.

I tak co bym o grze nie napisał, nikt z was białkowce w to nie zagra. Bo i screeny do zapowiedzi są załączone, a wy w dużej mierze po tym oceniacie gry. Ot, taki Crysis jakiś. Nie wiem co wy w nim widzicie, przecież stareńka Europa Universalis 2 ma lepszą grafikę! To wszystko przez pochodzenie od małpy zapewne. Też żeście sobie przodków wybrali. Całe szczęście jest jeszcze w tej części galaktyki spore grono zatwardziałych fanów (a poznacie ich po mackach), które kupi grę od razu gdy będzie dostępna nawet nie czytając tej zapowiedzi czy recenzji finalnej gry, którą zaanonsowało już X-Cosmos. I dobrze! Bo ja już zacieram macki i gładzę się po propyciu z podniecenia i przyspieszonego biegu apytominy płynącej w moich strzyłkach. Będzie kosmiczne granie!

GotLink.pl