Blog

You are browsing the archive for Recenzje/gry.

Space Siege

November 25, 2009

Kto ma ochotę skopać kulki hordzie kosmitów dybających na życie bezbronnych Ziemian? Uprzejmie prosiłbym rączkę do góry podnieść. Ah, rozumiem. No dobrze. Drzwi są tam, niech pan weźmie swojego dmuchanego aligatora i znajdzie pomieszczenie numer 69. A pan obok niech się nie ślini, bo podłogę zalał.

Gas Powered Games – twórcom Dungeon Siege najwyraźniej znudziło się zabijanie, mordowanie, wyżynanie i eksterminowanie potworów w kolejnych krainach fantasy toteż postanowili nieco odmienić sobie życie wysyłając następną grę w kosmos. Tak, więc nowiusieńki i będący właśnie w produkcji Space Siege polegać będzie na zabijaniu, mordowaniu, wyżynaniu i eksterminowaniu potworów na kolejnych poziomach statku kosmicznego. Łał. Niemniej jednak miła to odmiana, szczególnie że hack-n-slashy osadzonych w konwencji science-fiction jakoś dużo nie było. Ostatnie, co pamiętam to ten nieszczęsny Space Hack polskiej produkcji… Grając weź można było zejść z tego świata z nudów (lub zjeść pół biurka). No i ta różnorodność rozgrywki – raz na dziesięć godzin zmieniał się kolor jednego z przeciwników i dochodziła broń z nowymi parametrami do sklepiku, z tym, że wyglądała zupełnie tak samo jak poprzednie (swoją drogą i tak nie można było kupić, bo za droga i za dużo siły wymagała). No, ale miejmy nadzieję, że twórcy – skądinąd niezgorszego – Dungeon Siege podejdą to tematu bardziej… kreatywnie.

Dramatyczna historia ukazana w Space Siege rozpoczyna się w XXII wieku, kiedy to dumna ludzkość postanawia skolonizować parę układów planetarnych wykopując przy tym mieszkańców tychże planet w… no, wykopując ich daleko. To się wszak nie godzi! Te wstrętne kosmoludy miały czelność zająć nasze planety zanim się o nich dowiedzieliśmy! Szatany! Tak czy inaczej wreszcie odważni kolonizatorzy ze statku Rebecca Lee trafili na rasę, której nie uśmiechało się ot tak po prostu wyginąć.

Korzystając z umiejętności dziesięciokrotnego rozszerzania swoich brzuszków kosmiczni Kerak pożarli przybyszów z Ziemi i, co lepsze, postanowili że to oni skopią kulki Ziemianom zanim Ziemianie skopią kulki im. I tym oto sposobem pewnej spokojnej nocy Kerak zeźarły wszystkich, wszystkich ludzi. I już. Koniec rasy ludzkiej. Ha! Ale nie… Okazało się bowiem, że jeden statek kolonizacyjny o nazwie Armstrong (pewnie jest pomalowany na czarno i potrafi grać na hiperkosmicznej trąbce) przewozi ostatnich ludzi w poszukiwaniu nowej planety do podbicia. Kerak nie odpuszczają i tym razem. Napadają więc na statek. Ale tam jest on… Seth Walker.

Seth Walker to oczywiście gracz. Kierując tym superkomandosem i zarówno kosmicznym inżynierem pozwoli maleńkiej garstce ludzików przetrwać i odbudować cywilizację gdzieś daleko od Kerak. W tym celu Sethowi trzeba przemierzyć, przepełznąć i przeczołgać się przez cały statek kolonizacyjny strzelając przy tym do wszystkiego co się rusza a nie umie grać na banjo. Podczas tej wyczerpującej podróży Walkerowi towarzyszyć będzie jedynie robot-nijna-zabójca, nici więc z drużyny wzorem Dungeon Siege. HR-V – ów cybernetyczny przyjaciel będzie wykonywał wszystkie nasze polecenia bez mrugnięcia najmniejszą nawet diodą. A gracz dowolnie go sobie nawet zmodyfikuje. Ciekawość czy będzie mógł przenosić przedmioty? Bo i dobry z niego osioł juczny by był.

Jak to w hack-n-slashu bywa, cała rozgrywka opiera się na eliminowaniu kolejnych trylionów wyskakujących zewsząd niemilców (plus ćwierć miliona niemilców wyskakujących znikąd i sto tysięcy wyskakujących z szafek na buty). Aby było ciekawiej, pretekstem do kolejnych rzezi będą… questy! Należy jednak zaznaczyć, iż zadania nam przydzielane przez NPC będziem mogli przejść na kilka różnych sposobów. A skutki obranej drogi mają nie ograniczać się jedynie do różnicy w parametrze ataku karabinu-nagrody. Scenarzyści Space Siege coś cichutko mruczeli o wpływie gracza na linię fabularną, ale był to zbyt cichy pomruk by wiele z tego zrozumieć się dało.

Twórcy zapewniają, że frontalny atak na grupę wielkich zmutowanych dżdżownic nie będzie jedynym sposobem na ich eliminacje. Co prawda jest on najfajniejszy, ale ponadto możemy zastawiać na kosmitów pułapki, czaić się nań w mroku pomiędzy rurami za ściennym lustrem czy zachodzić od strony rectum. W tem wszystkim pomogą nam specjalne umiejętności, jakich nabywa Seth Łazik. A nabywa je w sposób stricte futurystyczny – przez wszczepianie kolejnych cybernetycznych narządów w zamian za te swoje, upośledzone bo organiczne.

Każden jeden narząd będziemy mogli dowolnie wymienić. Nogi, ręce, płuca, oczy – co kto lubi. Jednak pamiętać należy, że twórcy zaaplikowali do gry coś, co zwie się Współczynnik Człowieczeństwa. I będzie on spadać z kolejnym mechanicznym urządzonkiem wszczepionym w nasz tyłek. Jeno parsknąć się chce. Człowieczeństwo… Cóż to w ogóle jest?! Chyba lepiej być łażącym cyber-sługusem samej Śmierci niż jakimś tam człowiekiem, co dwóch karabinów nie uniesie, gdy załadowane do pełna są. Szczególnie, że fantów rozrzuconych po statku ma być ilości ogromne. I kto to nosić będzie? Wszystkie te karabiny, strzelby, pistolety, pancerze, granaty i masę innych zabawek, których zjedzenie prowadzi do niestrawności? Kto?

Jeżeli chodzi o stronę techniczna Space Siege to cóż, ale nie widzę w tym nic powalającego. Grafika prezentuje się jak na dziś standardowo – dobrze acz bez rewolucji. Modele postaci czy kreacja lokacji zdają się być jak najbardziej prawidłowe. Miejmy tylko nadzieję, że twórcy nie stworzą trzech pomieszczeń, które będą się powtarzać przez całą grę jeno tylko w różnych kombinacjach. Pamiętajmy jednak, że w hack-n-slashach nie chodzi jedynie o samą oprawę, a przede wszystkim o przyjemność płynącą z ciągłego mordowania, zbierania nieprzydatnych przedmiotów i podbijania statystyk kierowanej postaci. A o to raczej nie powinniśmy się bać, wszak twórcy nie są nowicjuszami w tym gatunku gier komputerowych.

Kosmiczną rąbankę rozpoczną gracze na całym świecie już w pierwszym kwartale przyszłego roku. Zwykli gracze pewno nie zdzierżą więcej niż trzech poziomów, ale fani hack-n-slashów będą wniebowzięci (ew. wkosmoswzięci) i zalani własną śliną od stóp do głów (niezależnie ile tych głów posiadają, a pewnym jest, że więcej niż jedną).

Wspaniała opowieść o sprawach psychosomatycznych

November 25, 2009

Historia, którą wam dziś przedstawię zdarzyła się bardzo dawno temu. Mniej więcej w okolicy lat poprzedzających wydanie przełomowego produktu jakim było Grand Theft Auto 3. Wierzcie lub nie, ale wszystek co tu stoi spisane wydarzyło się naprawdę, a postacie przedstawione w pełni prawdziwe i żyją – najprawdopodobniej – po dziś dzień.

Jak i wspominałem na początku, było upalne lato jednego roku końca lat dziewięćdziesiątych. Nowe milenium zbliżało się wielkimi krokami, ale nasz bohater zdawał się tego nie zauważać. Może przez jego dość konserwatywne podejście do życia. Może dlatego, że był księdzem katolickim i wszelkie wymysły o 2000-apokalipise czy innej pluskwie milenijnej nie robiły na nim żadnego wrażenia, gdyż po prostu w nie nie wierzył. Centrum miasta jak zwykle tętniło życiem, tłumy ludzi wlekły się po chodnikach w deszczu prażących promieni słonecznych i niezbyt miłej mgle zapachu ludzkiego potu. Każdy gdzieś się spieszył, każdy dyszał ostatkiem sił, ale mimo to pędził dalej ku swemu dzisiejszemu celowi. Większość ze zdziwieniem patrzyła na naszego bohatera – księdza – który to bowiem wolnym krokiem przechadzał się uliczkami w pełnym swym stroju służbowym – sutannie. Nasz ksiądz nie był już człowiekiem młodym, na twarzy rysowały się liczne zmarszczki. Siwe, krzaczaste brwi i nieco przerzedzone równie siwe włosy wskazywały że niejedno już w ciągu tych wielu lat przeżył. Z kolei zaś jego niemały brzuch mówił, iż nie żyje mu się biednie w tych stronach. Ksiądz w zamyśleniu przekroczył rzekę samochodów toczących się po ulicy i skręcił w mniej uczęszczaną, boczną alejkę.

Sznur licznych kamienic po obu stronach uliczki zdawał się nie mieć końca. Gdzieniegdzie na ławeczkach przesiadywali ludzie starsi, w kapeluszach chroniących przed słońcem i z laskami w dłoniach pozwalających oprzeć się grawitacji. Znacznie więcej było dzieci biegających co sił w tę i z powrotem, czy pluskających się w wodzie tryskającej z zepsutego hydrantu. Czas jakby tu nie płynął. Ksiądz wyrwał się na chwilę z zadumania by machnąć ręką poniektórym starszym ludziom, których najwidoczniej znał nie od dziś. Nie zatrzymywał się mimo to na pogawędkę. Najwidoczniej sam miał jakiś cel wędrówki, zupełnie jak niezliczony tłum koszul i neseserów tam w centrum.

Ksiądz stawiał krok za krokiem po rozpalonym chodniku. Coraz bliżej był swojego celu, coraz bliżej wypełnienia planu. Co nim kierowało nikt nie był w stanie powiedzieć. Jakaś żądza, może prymitywny instynkt, a może przekaz od Boga? Nie wie nikt, tego nie wie nikt… Ksiądz przystanął na chwilę, jakby coś olśniło jego umysł. Pomasował się bo brzuchu, sięgnął ręką do kieszeni swej sutanny i ruszył dalej. Teraz już był pewien. Tylko pewien czego?

Na horyzoncie, pod drzewem pojawiła się biała budka z otwartymi zielonymi drzwiami i, równie otwartą, parą okien. Stojący w kojącym cieniu drewniany budynek był dość sfatygowany, definitywnie przydałby się jakiś remont, nawet najmniejszy. W pierwszej kolejności wypadałoby na nowo obmalować całą strukturę farbą. A najlepiej dwa razy. Nad drzwiami wisiał równie podniszczony transparent oznajmiający ludziom przekraczającym próg, że wstępują właśnie do Królestwa Johna. Nasz ksiądz pchany jakąś przedziwną siłą zbliżył się do drzwi wejściowych. Nieśmiało przez nie zajrzał do środka, by po tym mocnym krokiem przez nie przestąpić.

Niepozorna z zewnątrz budka od środka jawi się jako zwyczajna budka z jedzeniem. Obok lady stoi ten sam co przez ostatnie piętnaście lat John, sprzedawca hot-dogów. Z początku była to jeno właśnie budka z hot-dogami, ale John nigdy nie gardził także sprzedażą hamburgerów czy innych dobroci fast-foodów. Pichcił właśnie na swym wiernym, stareńkim piecyku kolejną porcję mięsa, co by klienci dostawali zawsze gorący posiłek. John pasował wyśmienicie do tej scenerii – starej lady, starej kuchenki, starych nawet bułek które sprzedawał. Z jednego względu szczególnie – John też był stary. W przeciwieństwie do naszego księdza, John był szczupłym i wysokim sześćdziesięciolatkiem. Na łysej głowie naciągniętą miał śmieszną – chyba w założeniu firmową – czapeczkę w kształcie hot-doga. Na sobie zaś niósł wierny fartuch w czerwone pionowe paski. Znudzona pociągła twarz sugerowała, że dawno nie było u niego klienta.

Więc pewnie i ucieszył go widok przekraczającego próg księdza. Oderwał się szybko od piekarnika i przesunął o krok w stronę drzwi. Ksiądz zmierzył wzrokiem Johna, jakby szykował się do jakiegoś pojedynku. Podszedł bliżej lady i oparł się o nią dłońmi. W tym czasie John już wiedział co rzeknie na ten widok. Otworzył swe usta i z trudem wycedził swoim spracowanym głosem starego człowieka “Ile i z czym?” – Najwidoczniej John wiedział już po co ksiądz go odwiedził. I zapewne odwiedzał go już nie jeden raz. Ksiądz milczał. Milczał, bo najwyraźniej zastanawiał się co odpowiedzieć na zapytanie Johna. Mimo długiego dumania w drodze tutaj nie zdążył się zdecydować. A może myślał o czymś innym? Wszystko trwało ułamek sekundy, ale im dwóm czas płynął znacznie wolniej. Wreszcie ksiądz otworzył usta. Chciał już coś rzec, ale zawahał się. Stał tak przez chwilę z rozchylonymi wargami, aż wreszcie zmusił się do wydobycia ze swoich strun głosowych dźwięku. Słowa, wypowiedział niskim, basowym głosem – “Jeden ze wszystkim”.

I ot, koniec tej przejmującej historii. A teraz ta sama opowieść w pierwotnej wersji:
Wchodzi ksiądz do budki z hot-dogami. Facet od hot-dogów mówi – “Ile i z czym?”. A ksiądz na to – “Jeden ze wszystkim”.

Idiotyzmy z Marsa (czyli wstępniak do GTAc)

November 25, 2009

Witam serdecznie w kolejnym numerze zreinkarnowanego GTAcENTER! Ha! Wspomnąć jednak trza, że ja z Wamy spotykam się dopiero pierwszy raz za rządów Szkuta, a iżli czytali Wy dawien dawniejsze wydania magazynku to powinni mnie kojarzyć. Ot, tak. Mmmh!! No więc słuchajta, bo tu ostatnio w takim bloku jednym we piwnicy rura poszła. No to lecim ze Zdziszkiem żeby załatać, coby wody nie nalało się ludziskom na graty. No i Zdziszek zasapał się na schodach od piwnicy, bo jeno pomyliły mu się i biegł niemi do góry cały czas. Nie wiedzieć czemu. I mu aż papieros na brzuchola spadł i poparzył dziury w koszulinie. Ja w tem czasie wygładziłem wąs, pomacałem się po brzucholcu i mówię do Zdziszka. Zdziszek! Zdziszek! Na dół biegnij, nie do góry! No to ten zleciał ze tobołami i narzędziami. No i patrzemy. Słuchemy. No i próbujemy wybadać gdzie ta rura poszła.

Ja mówię. Pójść musiała tam, bo dudni. No, ale Zdziszek mówi żeby w drugą stronę, bo wilgocią zalatuje. No to my obaj żeby się nie kłócić i sprawę przemyśleć wyciągli po browarze, coby sił witalnych nabrać i nowe horyzonty myślowe roztworzyć. No i tak nam z dumania niewiele wyszło, więc wyciągli po papierosie i zapalili. Po dziesięciu minutach doszli my do wniosku, że źle my piwnicę obrali, a w ogóle to zły blok to był. No i biegiem dalej na rower i do bloku dalej. A tam i dudni i wilgocią zalatuje i śmierdzi zgnilizną jeszcze jednocześnie ze trzech stron na raz. No i my znowu dylemat mieli, więc wyciąglim po browarze, coby sił witalnych nabrać i nowe horyzonty myślowe roztworzyć. Z dumana nam jeno wyszło, że podróże w czasie są nie możliwe, a teoria superstrun conajmniej naciągana.

Tak czy inaczej zapalilim po papierosie, żeby se odpocząć po tem wysiłku całem z myśleniem związanem. Więc my poszli za przykładem wykrywania planet pozasłonecznych i badać zaczelim widmo rozwalonej rury. I tak my namierzyli, że to na wprost przed nami było. No i rzeczywiście conieco tam wody ciekło. No ale żeby taki jazgot robić o przecieczek taki malutki? No ja to nie wiem. Zdziszek też nie wiedział. Pogładziłem wąs i mówię, że rozwalać trzeba coby do rury się dokopać. Zdziszek się zgodził. Ale na to już nie była pora dzisiaj, bo zara W11 było, więc my zabezpieczyli miejsce napisem by nie tykać, potem na rower i w długą do domu, tam pół litra i W11. Dnia następnego my wrócili do bloku, a tam już kałuża się ulała sporawa. No i przechodzim do demontarzu ściany. Tłuczemi, bijemy a tam… TAAKIE RURY! No mówię wam. A jedna cieknąca franca. Więc chwycilim za narzędzia i dawaj rurę wydzierać, bo do niczego się nie nadawała, choć solidne, żeliwne rursko. Aż mnie się wąs spocił. No a ta franca nic, nie drgnie nawet. Wtedy Zdzich mówi, żeby my chociaż wodę odcięli czy co tego. No ale po co? Wzielim więc taśmy klejącej, woskiem skapali, szpachlą zarzucili, na rower i w długą. No i to bedzie tyle. Fascynująca historia, tylko nie ma w niej żadnego słonia. Ale tak czy inaczej dyszka dla ciebie. Historią przemówił do państwa Pan Edek – renomowany hydraulik z Sandomierza. A teraz posłyszmy co do powiedzenia ma głos Budynia z Xerdunordanu 76. BLe blwe ell lelblebleblblbl ebeee!!! BEUEUUE!EEE!!!!!!! UEEEEUEUEU KUEEKEKEUE!!!!!!!! BLEEEEEEEEEEEEEEE!!!! BELELELELEL!!!! BUBUBUBUBEEELELLELELEL!LEL!EL!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Święte słowa, panie Budyń (zwany także czasem, nieco z francuska, Budę). Mimo tej dosadnej krytyki Budę jednak czytajcie nowy numer. Bo to fajna sprawa – czytać i rozumieć co czyta się. Czyż nie? Kumbaja ptang?

Napisował to wszystko: Pan Edek / Budyń / Tedi — Trójca Śnięta (dziś tylko trzy osoby w jednej)

O wrażeniach płynących z gry w San Andreas – czyli seks z Pam Anderson

November 25, 2009

Szkut mnie bije gumowym pasem, żebym mu napisał do tekstu wspólnego coś o wrażeniach płynących z mojego monitora podczas grania w San Andreas. Gdzie płynących? Nie wiem. W każdym razie nie wiem co to za pomysł, żeby w GTAcENTER pisać o jakimś… GTA! I to jeszcze San Andreas. Kto to kiedyś widział, żeby w GtaCenter teksty o grach komputerowych były. Jeszcze tych paskudnych i koszernych grach jakie serwują nam Japończycy tudzież inni Amerykanie mając na celu zmiękczenie mózgów i… o w mordę! Zmiękczenie wody! Podczas gry płynące wrażenia spływają do naszych kanalizacji gdzie miękczą wodę! Matko boska wielkiego potwora spaghetti!

No, ale nie o tym. W San Andreas grałem dawno, dawno temu. Chyba byłem jeszcze wtedy czarny nawet. Mhm. I śpiewałem techno i grałem nawet hip hop. Na podwórku, przed domem. Na banjo dziadka. A może to było banjo babki? Hm… Ich bajna są dość podobne, a pamięć omylna. Więc grałem na tym banjo, grając hip hop, przed domem, na podwórku grając w San Andreas co by zmiękczyć wodę dla Japończyków. No i pięknie było. Pięknie. Wielki, muskularny afroamerykanin machał tyłeczkiem przed moimi oczyma. No cudnie. No i strzelał jeszcze wypinając swoje pośladeczki. O! A potem się spasł i go utopiłem w jeziorze. Na traktorze. Ale przeżył. Bo był karpiem. Dziwna sprawa.

I pewnej nocy grając sobie w San Andreas przybył do mnie Wódz Pawie Oko. Nie wiem czego chciał, bo zajrzał jeno do lodówki i wyszedł oburzony. A ja płynąłem na fali płynącej z wrażeń San Andreas o bohaterach mojego przeżycia. Nie było to łatwe. Trzeba mnie było ponton najpierw nadmuchać, bo sam osobiście pływać nie umiem, ale wsparty duchowo przez ponton na falach unoszę się wyśmienicie. Jednakowoż wolę przychylność dmuchanych krokodyli, bo co jak co, ale krokodyl pontonowi nie równy. Przyznacie sami. Aż dziw, że w San Andreas nie było żadnego krokodyla. I pontonu. Ale był za to samolot. I to nie jeden, o! Szkoda jeno, że nie łatwym było wydostać się nim poza atmosferę ziemską. Szkoda, szkoda. Ale ze spadochronu się fajnie skakało. Co prawda spadochron sam ma ledwo kilkadziesiąt centymetrów, a lot z niego nie był zbyt długi. No, ale wspomnienia pozostają. Skoczyłem tylko raz, za drugim już się bałem. Bo w okolicy grasowała dzika czarna dziura z dość niesympatycznym grymasem na horyzoncie zdarzeń. Widać było po aparycji i dżetach z niej ulatujących, że menda z niej niemiłosierna.

No i ten murzyn, którym byłem jakiś czas temu miał straszne problemy rodzinne. Matka go biła i jej ręce pourywało. Ojciec się spijał jak świnia, i spija się nadal, bracia jeździli na jednym rowerze w obie strony naraz, a cioteczka machała grzybami znaleźnymi pod przystankiem. Piętrzyły się też innego rodzaju różne patologie, ale lepiej o nich nie wspominać. Rzeknę tylko słowem – flatufilia. I wszystek jasne już jest. No i ten czarnoskóry miał swoich plenipotentów w innym wymiarze, przynajmniej z tego co zrozumiałem z fabuły, całej tej pożal się boże potworze (spaghetti), gry. A główną ideą jaka przyświecała murzynowi i jego plenipotentom to był bodajże imperatyw kategoryczny, ale pewności nie ma, bo mówili w slangu i ciężko zrozumieć był bełkot ten psu sąsiadki – Aluńci.

Faktem jest, że pies nie żyje dłużej niż Nietzsche, ale łeb miał nie od parady, a slangu zrozumieć nie mógłby i tak. Z głównej przyczyny, że był psem. Gdyby był oponą, to kwestia byłaby zupełnie inna, praktycznie nie dyskusyjna, ale był psem i zrozumieć nie mógł ni krzty z tego co mu zaserwowali w psią budę (nie mylić z Budę, francuską formą budyniu). Uf, dajcie mi odsapnąć. Gargantuiczne stężenie patosu i absurdu. Ufff. Więc szarżował tenże czarnoskóry ze sztandarem Kostaryki w dłoniach na okopy Moskali oswabadzając tym samym redutę Ordona. A jak to wiadome, Ordon wiatrakiem był i mu się to nie spodobało. Nie wiedzieć czemu wybuchł. Bez powodu. Bo nie wiedzieć czemu wybuchł. Przynajmniej tako rzecze Zaratustra. Ja tam nie wiem.

Wtedy z Albionu przyjeżdża zły i skorumpowany policjant polskiego pochodzenia i zakuwa afroamerykanina i jego piękne – później spasłe – później zwisłe – później znów piękne pośladki w celi razem z dewiantami seksualnymi. Nie wiedzieć czemu, nad ranem to dewianci czuli się bardziej przygnębieni niż afroamerykanin. Dziwne zwyczaje panują w więzieniach. Dlatego też afroamerykanin skazany na śmierć podjął ucieczkę śrubką wykręconą z mechanicznego pingwina, przekopał się nią do stołówki, gdzie wylał keczup, na którym poślizgnął się naczelnik gubiąc majtki. Majtki owe posłużyły do amortyzacji wahadła sprężynowego, które zrobił w celi z – o dziwo – wahadła i sprężyn. Potem wciągnął w swoją intrygę grubego Hawajczyka, który go miał z założenia – jak to grubi Hawajczycy – opóźniać w ucieczce, a w konsekwencji dać się złapać. Ukradzionym kluczem francuskim robił podkop pod dywanem naczelnego buca w więzieniu – wikarego Dżonatana. Ten nic nie wiedział, bo stał bokiem. Tak więc afroamerykanin porwał starego dziadygę, który miał drobne na koncie, by im wszystkim pozwoliły uciec ze stanu miejskim autobusem. Jednakże, afro-prizon-amerykanin-brejk nie przewidział, że autobus miejski… Nie jeździ poza stan.

Więc ich złapali za krzakiem, ale tak naprawdę to on złapał ich. I powiedział “Wuzdabuzdu” i umarli. A mnie się w to wszystek świetnie grało. Bo czołg był i supernowoczesny myśliwiec, którem można rozbić się o najwyższy budynek w stanie. Mniam. No, ale to nie jest tak jak myślicie. Ja nie miałem stosunków z Moniką Lewinsky. Choć, może kiedyś… No nie ważne. Tak czy inaczej Aluńcia zachwycona była niepomiernie tym wynalazkiem jakim są gry komputerowe. Z błogością tłukła w Tetrisa całymi dniami, a jak odkryła Pasjansa dostała orgazmu. No, ale pokazałem jej wreszcie San Andreas i się kobiecina zaśliniła calusieńka. I dywan cały. I meblościankę. I nawet regał piękny, barokowy z wykończeniami, rokokoko i te sprawy. Choć przyznam, że kobicina niech się cieszy. Bo i w życiu niewiele cieszenia miała. Kiedyś niejaki Sokal wyśmiał ją w swojej książce. Strasznie drań postąpił, a ona przecież tylko doszukiwała się algebraicznego systemu dekadencji i altruizmu emancypacji XIX wieku. Nie wiedziała, że Lew Trocki zrobił to przed nią. W Meksyku. Więc się Aluńcia zadumała, obraziła i strzeliła focha na koniec.

Wiedzcie, że San Andreas świetne jako przystawka do obiadu jest. Najpierw sobie wyskakujesz z piłą mechaniczną na miasto, a tam GEDORAH w stawie siedzi. Gracz myśli – co to u diabła? A tu nie, nie u diabła. Wcale, a wcale. Gedorah to kolejna postać tragiczna. Mąż bił ją pogrzebaczem, dzieci prały mokrymi skarpetami, rodzice napieprzali po głowie perskim dywanem, teściowa gryzła w udo, a teść, teść nic nie robił. Bo był martwy. Straciłem impet, widzicie? A powinienem mieć impet – jak rzecze Sun Tzu – niczem obły kamień toczący się ze wzgórza. A tak.

W zasadzie nie wiem co ma do tego Pam Anderson, ale sumienie jakoś mnie nie pozwala aby o niej nie wspomnieć. W jakim kontekście? Może w kontekście Gedorah? Że podobne do siebie? Może. Ale jakby Pam zamachnęła się swoimi cycami to i z Gedorah niewiele by zostało, to trzeba jej przyznać in plus. Ale jak to mawiał Tao Te Ching – Iść, znaczy iść dalej. Iść dalej, znaczy powracać. W angielsku brzmi to lepiej, a w starochińskim pewno pysznie jak smak klucha na łachu. Pięknie rzekł Tao Te Ching, a jak trafnie w związku z Pam. Dość paralelnie.

Skąd inąd zachodzi pewien konflikt interesów między – starożytnym, nie ukrywajmy – Tao Te Chingiem a naszym afroamerykaninem. Rozumiecie, dwa różne światopoglądy (imperatyw kategoryczny!), dwie różne kultury, dwa różne światy. Może dlatego Tao Te Ching opuścił dwór durnego cesarza i wyruszył w podróż, choć był taki stary już? Może i być. A może to przez miecz Damoklesa wiszący nad planetą nadchodzący z głębi Obłoku Oorta, gdzie żerują magiczne Budynie? Wiecie, kiedyś słyszałem, że jeden magiczny budyń zjadł dwóch Brytyjczyków za jednym razem. I mu smakowali nawet. Dziwak.

Budyń ten był pod okupacją rosyjskiego caratu, i jakoś mu nieśpieszno było do konsumpcji Kuryli i Aleutuów. Dlatego zamieszkał po latach niepokoju w Port Moresby, w Papua-Nowa Gwinea. A co! Ponoć to on był też przyczyną rozruchów na placu Tiananmen, ale nikt tego potwierdzić w stu procentach nie może. Szczególe, że f(x) wychodzi nieco inne. Może jednak San Andreas nie jest takie złe w porównaniu do feministycznych poglądów egzaltacji XVI wiecznej elity północnej Abchazji, ale mimo wszystko nie zachwyca tak jak Jesień Średniowiecza Huygensa. Co to, to nie.

Tak czy inaczej jest to swego rodzaju meritum teraz, bowiem San Andreas jest fajne, ale grać w to dziś nie sposób. Szczególnie dla leniwców i osób o refleksie betonowej ściany. No, ale jak grywa się jeno w Pasjansa na najwyższych detalach (liczba klatek na sekundę spada do około 0,5 fps) to i tak być musi. Musi, nie musi. Znaczy, jest to dość kontrowersyjna hipoteza. Można by rzec, że bardziej kontrowersyjna niż stwierdzenie, że Biblia to dobre źródło historyczne. Prawdę mówiąc już lepszym źródłem historycznym jest kronika Gala Anonima, który wspomina, że jednego roku narodziło się ciele o dziewięciu głowach i dziewięciu kopytkach. Taki z niego ćpun i schizofrenik był.

Potok słów płynie przeze mnie jak rzeka. Lepiej niż przez pijanego Morrisona. Serio. Lecz wiedzcie dzieci, że pingwin eksplodować musi. Niezależnie czy stoi na, czy pod telewizorem. Choćby był z piernika (telewizor). Z piernika był też nasz afroamerykanin, którego zagrywałem na śmierć. Taki pyszny z niego pierniczek był, że pożarła go kiedyś ryba. A raczej wiele ryb. Jednak w sumie to jedna. I nie był nią sum, a wieloryb. Choć wieloryb ani myśli być rybą, cwaniak jeden. Co tam się działo lepiej określić jednym tylko zdaniem – gehenna. Generał Bem by przynajmniej wielorybu z rakietnicy przypieprzył w podudzie, ale że go tam akurat nie było piernik musiał się przeciskać przez gruczoły potowe. A to miłe nie jest, wierzcie mi.

Brak mi jeno ciągu fantastycznego w tej całej opowieści o afroamerykanie. Ot, żeby spotkał księdza katolickiego niosącego w umyśle nauki Chrystusa. To by była fantastyka. Albo żeby spotkał bezdzietnego mormona. Taak. No, ale trywialna i realistyczna historia, którą wam streściłem jest tak płytka jak jest – płytka jak płytka. Płytka DVD w tym przypadku. Słuchajcie więc mnie, mechaniczne sowy. Bo mądrze mówię już od samego początku – nieładne ze strony twórców było pominięcie całkowite doktryny Monroego w strukturze gry. Wstyd! Po prostu wstyd! Ja nie wiem gdzie oni się wychowywali, w Kambodży u Pol Pota?

Wspaniały wódz Mao kiedyś rzekł. Rzekł bardzo mądrze. Rzekł tak mądrze, że właściwie nie zrozumiałem co rzekł. Moje uszy niegodne jego mądrości. Wielki Mao rzekł, a potem najechał Tybet. I ogolił wszystkie głowy lamom. I wtedy lamy uciekły w Andy. Nie wierzcie, że lamy cały czas żyły w Andach, to obrzydliwe kłamstwo! Potem Mao się sklonował i poleciał w kosmos. Chińczycy to fajny naród. Pomysłowy i skory do wielu zabaw. Szczególnie z bronią. I białą i palną. I atomową nawet. Miłe to z ich strony.

Żeby było milej, wspomnę o jakimś komuniście. Ot, o Stalinie na ten przykład. Ponoć ojciec go bił i zamykał w szopie. Radykalnie wpłynęło to na postać naszego afroametykanina, który podług koncepcji twórców całkowicie różnił się od podanego wyżej Stalina. Tylko kolor skóry pozostawili im ten sam. No i włosy w nosie. Budowniczy wieży Babel. Kto? Nie wiadomo.

Kiedyś w dolinie Eufratu i Tygrysu żył sobie Nabuchodonozor. Jeździł po krainie w swoim poniemieckim (a właściwie post-pruskim) czołgu A7V i strzelał do żyraf. Pewnego dnia odwiedził go Omar Sharif i zapytał. O co go zapytał i jaką dostał odpowiedź do dziś nie wiadomo. Anarchoprymitywiści twierdzą, że coś o upadku zachodniej cywilizacji. Neofaszyści – o rezurekcji Adolfa – koker spaniela zdechłego w ubiegłym roku. Dentyści, zaś o ukrytych pośród nich zbrodniarzach hitlerowskich, SS-manach i naukowcach doktora Mengele. Kto ma rację wie tylko Krzysztof Ibisz. Bo on wie wszystko, i ma piękny zgryz. Rzekłbym – solidna niemiecka robota.

Słuchając tego wszystkiego można dojść do wniosku, że twórcy fabuły San Andreas odeszli od zmysłów dziesięć lat temu i do tej pory do nich nie wrócili. To chyba był rozwód permanentny. Ale cóż biedny człeku, musisz sprostać ich fanaberii. Jak nie, toś faggot. Czemu? Już śpieszę z wyjaśnieniami. Otóż na początku czternastego stulecia… Nie wydarzyło się w tym względzie nic. Wiek później ani drgnęło. Ale już siedem eonów wcześniej… Coś było nie tak. Czyżby czas oderwał się od przestrzeni? Czyżby czarna materia nagle wybielała ze wstydu? A może czarną materią jest wierszowany Murzynek Bambo, który boi się wybieleć? Słuszny strach tutaj zaobserwować można. Bo skąd się wziął nagle tutaj neandertalczyk jak nie z mleka? A? Dodajmy, że ów typ zajadał się świecami i pił kartony zostawiając sok dla dzikich mamutów. Ze sztywnymi członkami. Wszystkimi.

I tu mamy jawne zaprzeczenie teorii ewolucji. Bo skąd się nagle u neandertalczyków wzięły mamucie sztywne członki? Hę? Toż to podważa wszystko co ten dziwak Darwin wymyślił. Niechże sczeźnie w piekle stary zbereźnik! Takie świństwa by nie przyszły do głowy nawet Markizowi De Sade. Ot! Choć już po hrabim Motne Christo bym mógł się spodziewać. Jak to po facecie kopiącym dołek przez pół życia. A mógł przecież wykorzystać ten sam sposób ucieczki z więzienia jaki użył nasz afroamerykanin w jednej z misji. Czyż nie prostsze? Trud byłby nieco z drobnymi na autobus, ale z pewnością by sobie z tym poradził przebierając się wcześniej za strach na wróble.

Kiełbasa jęczy mi za uchem co bym już kończył te wywody na temat wrażeń płynących z gry w San Andreas. Jak widzicie, cała gama wrażeń nam się tutaj kreuje w kolejnych misjach, etapach, dzielnicach. Cóż, to piękne, że twórcy postarali się zawrzeć całą historię ludzkości w jednej grze. Chała im za to! Chała po wsze czasy! A Mike Oldfield zagra im na dzwonie rurowym. A co! Jak rozmach, to rozmach. A nuż się Bela Lugosi podniesie z grobu, to i rzeknie przekonująco by pociągnąć za sznurki, bo on nie ma już domu. Tak to jest podczas realizacji Planu 9. Skądinąd nie z bliska.

A skoro już o tym. Jeżeli by kto miał reżyserować San Andreas, tę ich fabułę, którą streściłem, to jeno mógłby to być Ed Wood. Bo on by sobie z nią jeden tylko poradził. A jakże. Bo to geniusz był proszem pańestwa, moje drogie mechaniczne sowy. Zapraszam do rzeźnika po odbiór reszty. Nie będę się rozdrabniał i rzeknę – Drang nach Osten ludzie! Drang nach Osten! Mit deine orzeszek und die sztrase! Drogie mechaniczne sowy, zauważcie moje zapędy poligloty z trampoliną. Co innego gdy się mówi o czymś innym. Wtedy jest zaiste inaczej. Choć to także kwestia dyskusyjna – jak kształt wszechświata rysujący się jako jedna podwójna membrana.

Ot, czuję że zbliża się wielki kolaps. Tekst rozwijał się i rozwijał od początkowej wielkiej eksplozji. Ależ w środeczku znów wyhamował by w końcowej części znów dynamicznie się zwęzić do jednej supergęstej i nieskończonej osobliwości. Tak więc i spotkamy się następnym razem, przy kolejnym wybuchu, tyle że tamtym razem rozszerzanie się tekstu może się już nigdy nie zakończyć. A byłoby to bardzo bolesne dla moich palców i waszych mózgów, tosterów, czy czego tam jeszcze używacie do pomyślunku. *yawn* O, proszę. Widzę, że to już stan niemalże hibernacji tekstu. Zło. Zło. Zło. Zło. Zło. Zło. Zuo. Zło. Zło. Zło. Zło. Zło. Zło. Co ciekawe, nie użyłem kombinacji CTR+C CTR+V do napisania tego poprzedniego. Widzicie więc – każde zło jest oryginalne i na swój sposób niepowtarzalne, bo pisane samodzielnie i rzetelnie i profesjonalnie i ogólnie zią! AAAA!!!

Quo vadis romani ite domum pie jesu domine iacta est GTA?

November 25, 2009

“Serio GTA! Serio GTA! Serio GTA! Wołam twe imię, o serio GTA! Objaw mnie się przed mymi oczyma choćby marą, choćby jawą, choćby snem! Czyżeś jeszcze nieufna ziemi i memu rozumowi? O serio GTA! Dokąd pędzisz? Gdzieże twe miejsce? Gdzieże twój czas? Czyże niechybne stryfy z niebiosów starzyły na cię hybkiem nadowalać? A nużli naśladować ci przyszło co widzone? Serio GTA! Serio GTA! Pantomimia twego istnienia przelękła nas wszystkich tu na dole. Niechaj więc trwa! Niechaj więc trwa…!”

Kolejny tekst wspólny postanowiłem zacząć jakże trafnym fragmentem monologu Kotleta – bohatera “Rapsodii do gier wszelakich” pióra piętnastowiecznego, starogreckiego dramaturga Adama Sienkiewicza. Ów egzaltowany monolog dramatycznego bohatera Kotleta stanowi zarazem rozbudowaną apostrofę do serii GTA najeżoną licznymi pytaniami retorycznymi i metaforami. Monolog ów trafny jest do sytuacji, gdyż dziś zajmiemy się rozpracowaniem dalszych losów całej serii Grand Theft Auto. Nie będę więc bezsensownie brnął w interpretację przytoczonego fragmentu “Rapsodii do gier wszelakich”, dodam tylko, że Kotlet recytuje swoje wyszukane, przepełnione emocją słowa do trzymanego w ręku zgniłego, trzynastowiecznego arbuza z Calais. Co definitywnie pogłębia patetyczny wydźwięk jego słów. Naprawdę.

Tak więc jak Kotlet zadajmy sobie trywialne, zdawałoby się, pytanie – czyże niechybne stryfy z niebiosów starzyły na cię hybkiem nadowalać? No właśnie. Czyżby? Czyżby seria GTA w kolejnych latach miała poczynić aż takie kroki? Czy nie jest to zabieg zbyt nad wyraz? Przerost formy nad treścią? To na pewno. Choć widząc poziom współczesnych gier, trudno myśleć, że stanie się inaczej. Czyżby?

Tak czy inaczej nie zważajmy na to co się dzieje w branży komputerowej i wszelakich nowych trendach, wszak z trendami jest jak z dytyrambami. Hy hy. Hy hy. Taki mały żarcik poetycki. W każdym razie. Ts. Jest to całkiem normalna kolej rzeczy, że wymija się – wspominane przez Kotleta – zastosowanie podstawowych zasad konstrukcji gier komputerowych. To jak z wstawianiem najważniejszego przęsła w moście. Ot, najlepsze porównanie! Ponadto widzimy to także choćby w konstrukcji przykładowego trymetru jambicznego. Niewiele można tutaj wysunąć teorii na temat nie paralelności obu. Co fakt. Choć już tego nie można potwierdzić aposteriorycznie. Acz, nikt próbował jeszcze nie.

Korzenie tego dostrzec już można w starogreckiej tragedii. Choćby w tragedii Smyrona z Flatufilii pod tytułem “Starogrecka tragedia Smyrona z Flatufilii o rzeczach, które wspominał Kotlet z Rapsodii do gier wszelakich”. Wszystko to, co zachodzi z serią GTA zostało tam wyjaśnione w prosty sposób jako konflikt tragiczny, tak by przeciętny widz, poduszkowiec i węgorz mogli zrozumieć o co chodziło bohaterowi stworzonemu dwadzieścia dwa wieki później. Jednakże zgodzić się nie mogę na smyronowskie katharsis głównego bohatera. No, ale to czasy inne były, więc i inne priorytety. Bowiem nie do pomyślenia jest dziś, aby deus ex machina jawił się jako pantomimiczny koń ze Związku Radzieckiego. Co to, to nie.

Przypomnijmy sobie wiersz Filipa de Violence z dwunastego wieku. Podmiot liryczny wypowiada tam znamienne słowa “Stójże! Człecze, człecki człowiecze! Stójże seryjo niewidoczna! Boskie nasienie niech zalęgnie na twej głowie!”. Czy to miałoby oznaczać dalsze losy serii GTA? No właśnie nie wiadomo. Wiersz “Stójże człecze” jest pełen enigmatycznych metafor, surrealistycznych porównań i niedopowiedzeń. Dlatego staje się praktycznie nie do zinterpretowania w całości. Jednakże przyznajcie, w tym coś jest.

Dalej mamy postmodernistyczny poemat niemieckiego poety Friedericha Otto Dasboot de Nunstuck von Bierhund z Hamburgera. Sam poemat jest w zasadzie na zupełnie inny temat (podmiot liryczny wygłasza swoje ubolewanie nad stratą zjedzonej rzeżuchy) ale już ostatnie dwa wersy zdają się naprowadzać nas na odpowiedź, które – przypominam, gdyby ktoś zapomniał – postawił Kotlet w swoim monologu. Otóż brzmią one w sposób następujący: “Wyrzeżuszę na krtani swojej | ewentualnie tego nie zrobię”. Zachodzi tutaj możliwość innej drogi rozwoju, którą rozważa podmiot liryczny. Czy to spotka także serię GTA?

Nasz problem rozważał także w jednym ze swoich haiku japoński samuraj-poeta Yamatosumatashi. Choć w trakcie haiku o tytule “Haiku z tytułem” autor prezentuje swoją rozległą wiedzę, nie jest w stanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi na serię pytań. Doskonale widać to w następujących wersach: “Choć rozległą wiedzę posiadam | Nie umiem na to odpowiedzieć | Chyba potnę się mieczem”. Do twórczości Yamatosumatashiego sięgnął współczesny poeta angielski Eric Notlob. Parafrazuje on japoński pierwowzór (“Haiku z tytułem”) tworząc przy tym całkowicie nowy sens słów Yamatosumatashiego. U Notloba czytamy:

John Notlob – “Parafraza słów japońskich z nosowym akcentem i nowym, lepszym, sensem”

” Żył sobie człowiek…
I bomba.”

Zaiste, jest to trafne odniesienie do księgi Koheleta i motywu vanitas vanitatum et omnia vanitas. A i po prawdzie buntowniczość Notloba mógłbym porównać jedynie do stylu życia i pisania Villona. W dużej mierze nasz problem z serią GTA wciąż pozostaje nierozwiązany. Czy na pytanie Kotleta jest odpowiedź, czy też nie? Czy uda się odnaleźć sens i wykładnię słów twierdzących? Zasięgnąłem pomocy u mojego znajomego arabisty i znawcy poezji arabskiej. On zacytował mnie tylko te słowa z arabskiej epopei anonimowego pióra o Habibe, emirze Trypolisu: “Allahu, Allahu, Allahu… – rzekł Habib, emir Trypolisu właściwie do siebie w ramach użalania się nad swoim rozmówcą Habibem z Akki. – Nie wiem co ja czynić mam z tobą. Niechaj Allah ma cię w opiece. – Zakończył Habib, emir Trypolisu. No to może… – nieśmiale rozpoczął Habib z Akki – …to może pójdziemy pojeździć na wielbłądach? W porządku. – szybko zgodził się Habib, emir Trypolisu na propozycję Habiba z Akki.”

Ponadto w trakcie pisania tego eseju doszła mnie wiadomość, że znany węgierski poeta Laszlo Hugergyessy (znany jako poeta drogi. Gdyż wiele miejsca w swojej twórczości poświęca na opisy drogi z Budapesztu nad Balaton) skończył właśnie pisać nowy wiersz na interesujący nas aktualnie temat. Brzmi on właśnie tak:

Laszlo Hugergyessy – “Wiersz na interesujące was tematy”

“Jadę nad Balaton.
Droga to długa i niebezpieczna.
Jadę nad Balaton na rowerze.
Tandem to chyba.
Jadę nad Balaton na rowerze.
Tu i ówdzie asfaltowa ulica.
Jadę nad Balaton na rowerze.
Drzewa mijam i Székesfehérvár.
Rower jedzie nad Balaton.
Ja zostałem w tyle i biegnę za nim.
Balaton jedzie nad rowerem.
Kto go złapie gdy mija Eger?
Interesujący was temat się tu nie znajdzie,
Gdy jadę nad Balaton na rowerze.
Balaton, ach Balaton. Tyś jest Balaton.”

Oż. To nas zrobił. Przeczytać możecie sami, że na interesujący nas temat nie ma tutaj nic. Jak widać – nowy wiersz Laszlo Hugergyessya to tylko sprawna prowokacja poetycka. Nic to. Szukać trzeba dalej. A nuż uda się wreszcie dowiedzieć jaka jest odpowiedź na postawione nam pytanie.

Ale co to! W tajnych archiwach Watykanu mój plenipotent odkrył pradawny manuskrypt datowany na około trzysta lat przed erą wodnika. Wyryty na kamiennej tablicy napis w praaramejskim dialekcie praegipskiego języka z wykorzystaniem prachińskich patyczków do jedzenia ryżu. Już wiemy. Już wszystko wiemy! Po przetłumaczeniu tego wszystkiego na – nie wiadomo do końca dlaczego – język pierwszych Szkotów okazuje się, że odpowiedzią na pytanie jest: “Tako rzecze Yehrudayah, atoli prawdą powiedziawszy jest wszystko już jako jawione przez Uzyntresa syna Syptarda, syna Endorma, syna Yozuego, syna Armaniego, syna Fluktualiuna że mieni się jako: Tak!”

A więc odpowiedź na nasze rozważania dotyczące przyszłości serii GTA to “Tak”, tylko jakie było pytanie?

A tekst pochodzi z: Tąd

Narzekania i zawody roku 2007

November 25, 2009

Rok 2007 szybko odszedł równie szybko, co nadszedł. Kolejne dwanaście miesięcy minęły stając się niczym ponad złudne wspomnienie. Co się stało z tym straconym czasem?

Rok ten nie był fajnym rokiem, dla mnie. Z resztą, jak wiele innych. Nie osiągnąłem niczego wielkiego, co osiągnąć bym chciał. Nie miałem żadnej wspaniałej (ani nawet najmniejszej) okazji, którą mógłbym zmarnować. Czy, ewentualnie, wykorzystać. Jak chcecie. Pierwszy stycznia 2008 rozpoczął się tak samo jak pierwszy stycznia 2007 roku – z liczbą punktów na koncie równą zeru. Czyli standard. Smutne. Przez ten rok nie zmieniło się nic w moim życiu (którego dalej szukać ze świecą można), ani tym bardziej w tzw. życiu zawodowym – branży zinów internetowych. Rok 2008 to już będzie bodajże siódmy rok mojej zinowej egzystencji, a ja dalej robię to co robiłem w roku 2005 czy 2003.

W minionym roku naprawdę niewiele miałem okazji do zagrania w nowe gry komputerowe. W zasadzie to nawet nie jestem pewien, czy grałem w jakąś grę z roku 2007… No, może parę było. Ze dwie. Cóż poradzisz kiedy większość gier nowych zdaje się dla mnie być słabymi, niegrywalnymi czy pustymi. A pozostała część znajduje się poza zasięgiem moich możliwości finansowych, bądź sprzętowych mojego komputera. Ale pewno też by były słabe, niegrywalne i puste. Bom już zgred jest. To pewne. W tym roku także spotkał mnie zawód na grach z lat poprzednich. Zagrałem wreszcie w czwartą Cywilizację i gra to dobra, ale nie bawiłem się przy niej tak jak jakiś czas wcześniej przy Civ III. Podobnie było z Age of Empires III, w które pograć można, ale bez zbytnich rewelacji. Pierwszy kontakt z nimi to długa, kilkugodzinna sesja, a potem drugi raz już się nie ma ochoty ich włączyć. Dziwna sprawa.

W roku 2007 w zasadzie wciągnęły mnie tylko trzy gry – Jagged Alliance 2, Star Wars: Empire at War i Europa Universalis: Mroczne Wieki. Jak widać – wspaniałe przykłady gier z roku 2007. W związku z tym ostatnim zasmuciła mnie strasznie wydana w lutym Europa Universalis 3. Przeniesienie jej w trzeci wymiar sprawiło, że nie mam ochoty nawet na nią patrzeć. Bleh. Komu szkodziło to uproszczone i sympatyczne 2D? Całe szczęście, że mam Mroczne Wieki i Hearts of Iron 2 wraz z dodatkiem. Niech się wypchają Szwedzi z tym swoim uszczęśliwianiem mnie na siłę, o!

2007 był też rokiem premier kilku Ogromnych, Hitowych Gier, Które Zapiszą Się W Historii Komputerowej Rozrywki. Ja je, dla uproszczenia, nazywam gry-buce. Z tego faktu, że strasznie napompowane są przez kampanie reklamowe i szum wokół nich robiony. A gdyby z nich ów powietrze spuścił, okazałoby się, że są równie malutkie jak wszystkie pozostałe gry. Tutaj przoduje Wiedźmin (z tego faktu, że to polski, to i w Polsce reklamowany diabelnie. W przeciwieństwie do zachodnich gier, które w Polsce reklamuje się słabiej), któren to Wiedźmin właśnie, niemalże wypadał mi z lodówki. Widziałem go wszędzie. Kiełbasa z Wiedźmina, mydło Wiedźmina, skarpety Wiedźmina… Wszystko. Na tych gadżetach człowiek mógłby się ubrać, najeść i przemieszkać trzydzieści lat. Brakuje tylko dobranocki z Wiedźminem. Kto się podejmie? No, ale się sprzedał Wiedźmiak. Jednak czy gra jest aż taka dobra, żeby ją pamiętać nawet dziś? Hm.

Podobnie z jakimś tam Stalkerem czy Bioshockiem. Czy któreś z nich miały cokolwiek przełomowego, co zrewolucjonizowałoby choćby hodowlę rzeżuchy? No, chyba że wybory moralne w Bioshocku. Też mi wybór. Zjedz małą dziewczynkę, albo nie zjadaj. Phef. Chyba, że za dużo oczekuję po twórcach gier. Pewnie tak. Jakiś wariat ze mnie, że oczekuję czegoś nowego po Ogromnej, Hitowej Grze, Która (…) Rozrywki.

Pojawił się także ten największy i najbardziej fantastyczny – Crysis. Podług niektórych relacji do mnie docierających poza grafiką gra ta nie prezentuje niczego fantastycznego. Że krótka, że nie wykorzystany potencjał, że momentami uproszczona i – jak pewien osobnik stwierdził ogólnie – spieprzona. I postać ów, którą cytuję tutaj bezwstydnie, śmie twierdzić, ze stareńki Half-Life 2 lepszy jest i już.

Tak, wymądrzam się, narzekam, smęcę, a wcale nie grałem. Co racja, to racja. Ale faktem jest także, że nie mam ani odrobiny ochoty zagrać w żadną z tych gier. Kiedyś? Może. Z tym, że to może ma wyjątkowo małą szczyptę prawdopodobieństwa. Wolę podbić Udzielne Księstwo Kijowa. A co. Albo poleżeć i nic nie robić. Jeszcze lepiej. A skoro już o podbijaniu mowa – w tym ubiegłym roku wydano parę strategii, w które można zagrać bez większych kompleksów – nowy Command and Conquer czy World in Conflict. Nikt przynajmniej nie twierdził, że to będzie coś czego nikt nie widział od paleolitu. Chociaż, może i twierdził, ale ja nie słyszałem. W te dwie produkcje z chęcią mógłbym zagrać. Tak. Ale najpierw coś jeszcze poklikam w Mrocznych Wiekach.

W roku 2007 coraz bardziej mnie zaczął odpychać internet. Jak rzekł zmarły dwa lata temu Stanisław Lem – “Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów.” Jakże trafne i piękne słowa. Do podobnych wniosków można dojść buszując po blogach, photoblogach, fotkach, forach internetowych (jakże ja ich nie cierpię!)… Ba, nawet siedząc na gadu-gadu człowiek zostaje niekiedy zaatakowany przez siły głupoty i głupszej głupoty. Dość rzec, że według co najmniej kilkunastu Nieznajomych Przesyłających Wiadomość jestem głupi, pusty i p****any. Bo jakimś cudem zamiast “ktury” bezwstydnie i nagminnie używam formy “który”. No i nie wiem tak durzo o rzyciu jak Szanowny Nieznajomy(/a). Eh.

Branża zinów internetowych i innych rzeczy robionych za darmo kona już od kilku lat i kwiczy wniebogłosy. Dzisiaj już wielu naprawdę nie chce wydusić z siebie ani zdania gdy nie czeka nań jakaś nagroda – czy to pieniężna, czy rzeczowa (tj. gra do recenzji). Ci, co piszą dlatego że lubią, bądź – o zgrozo – że potrafią, są na skraju wymarcia. Zazwyczaj oni wyskakują z pomysłem jakiejś grubszej inicjatywy. Potem zbierają ludzi chętnych do pracy, nie ukrywajmy zgłasza się niejedna osoba. Jednak inicjatywa pada, gdy się okazuje że trzeba wspólnie opłacić serwer czy na co innego wyłożyć pieniądz. Już nikt nie cieszy się z faktu, że zobaczy swój tekst w internecie, na stronie jakiejś, magazynie czy na płycie jakiegoś czasopisma. To nie te czasy. Dziś, żeby pisać, trzeba być opłacanym. Dlatego kwitną liczne portale o grach i inne tego typu twory. Co gorsza, wcale nie oznacza, że recenzent na pensji w portalu jest lepszy od tego darmoroba w zinie. Nie mówię niestety, a powinienem.

Naprawdę, jest słabo z zinami. I nie widzę szansy, by się poprawiło w najbliższym czasie. Z resztą, o czym tu mowa, skoro dziś wystarczy naobiecywać, wydać dwa numery i upaść, by stać się legendą. Potem reaktywować się co dwa kolejne lata, tym sposobem w ciągu dekady już można nazwać się mesjaszem. A ci co wydali ponad sześćdziesiąt numerów i upadli to sobie mogą iść do lamusa.

Ah, jedyne co dobre, to fakt, że udało się nam reaktywować GtaCenter. Heh. W trochę słabszej formie niż niegdyś, ale jest.

Jednak zostawmy internet i zajmijmy się innym medium – telewizją. W tym ubiegłym roku nie byłem zbyt częstym widzem żadnego z programów. I strasznie z tego zadowolony jestem. Naprawdę szkoda głowy na politykę (i tak szczęściem się uspokoiła trochę pod koniec roku wraz z wyborami) i nasze polskie pseudogwiazdy lansujące się w jakim programie tylko się da. Ostatnio przez tydzień zachodziłem w głowę w jaki sposób niejaka Frytka mogła stać się polską gwiazdą (?!?!?!??!?!?!) i – co lepsze – jak serwis o nazwie Pudelek mógł zszargać JEJ DOBRE IMIĘ. Dobre imię Frytki to jeden z lepszych dowcipów, jakie usłyszałem w 2007. Poza tym mamy – jak zwykle – wysyp marnych seriali. Z super emocjonującym Skazanym na Śmierć na czele. Gdyby bohaterowie uciekali przed stadem rozjuszonych, zielonych słoni to niewiele by się zmieniło w scenariuszu. I jeszcze strasznie mnie irytuje ciągnięcie w nieskończoność niezgorszego Pitbulla. Panowie, serial to jak guma od majtek – kiedyś pęknąć musi.

Kinematografia roku 2007 była tak porażająca, że zdołałem wytrzymać tylko trzy filmy – Transformersów Michaela Baya i Grindhouse duetu Tarantino-Rodriguez. Reszta? Jaka reszta? Poza tym oczy moje zająłem filmami starszej daty. Z lat osiemdziesiątych, siedemdziesiątych czy nawet sześćdziesiątych. Przy nich można się lepiej bawić.

W muzyce rok 2007 był taki sam jak pozostałe z ostatniej dekady. Naprawdę na rynku fonograficznym nie pojawiło się nic co by przykuło w znacznym stopniu moją uwagę i zajęło oba ucha. Co prawda Roger Waters wydał jednego singla z niezłą piosenką, ale do kiepskiego filmu. Nowy album Tangerine Dream to padaka. Pocieszenie przyszło z dalszą częścią roku – Katie Melua wydała przyjemne Pictures, a w grudniu pojawiły się dwa nowe wydawnictwa Vangelisa. Reedycja ścieżki dźwiękowej do Blade Runnera i całkiem nowy soundtrack do filmu biograficznego o malarzu El Greco. Ten drugi cholernie ciężki do zdobycia w naszym pięknym kraju. Z kolei zapowiedziane na rok 2007 nowe albumy Mike’a Oldfielda (Music of the Spheres), Rogera Watersa (Heartland) i Ricka Wrighta (instrumentalny o nieznanej jeszcze nazwie) jak widać nie ukazały się i automatycznie przesunęły na rok 2008. Niestety. No, zobaczymy co nam Brytyjczycy wyczarują. W ubiegłym, 2007 roku reaktywował się jeszcze zespół Led Zeppelin, bez Johna Bonhama co oczywiste. Czy to dobre co poczyniono, jeszcze się okaże.

Książki w roku 2007… Nowa książka? Nawet nie wiem skąd takie rzeczy brać. A i nawet starych książek w tym roku nie czytałem wiele. W domu już nie ma w zasadzie nic co przeczytać bym mógł (no, została jeszcze stara, wyryta na kamiennych tablicach książka kucharska), a biblioteka daleko i tam nie zawsze co ciekawego jest do podjęcia. Takie życie. Ale tak czy siak grubo przekroczyłem średnią polską.

Mimo, że ten rok był jaki był. A był dość słaby. Mimo to właśnie mógłby trwać jeszcze. Ile? Długo. Mógłby się w zasadzie nie skończyć. Dziwne, nie? Przemijanie. To straszne. Czas płynie i płynie. Jutro się staje dziś, dziś się staje wczoraj… Może kiedyś ktoś się jeszcze ze mną zgodzi, gdy dostrzeże że czas przepłynął obok niego. I będzie stał sam gdzieś, kiedyś i myślał z nostalgią – tamte chwile mogły by trwać i trwać. No, ale wy o to martwić się będziecie za lat dziesiąt. A ja już mam to teraz. Eh.

Ps. Ledwo rok 2008 się zaczął, a już się zawiodłem. Odwołali rajd Dakar, w którym zawsze chciałem wziąć udział… Bu. Co prawda oficjalnie nie będzie go tylko w tym roku, ale prawdopodobnie skończy się to całkowitym zamknięciem tej imprezy.

(Żeby uprzedzić tych, którzy z jęzorem na oślinionym czole biegną by wyzłośliwiać się i oskarżać, że ten tekst jest słaby, nudny, a autor to imbecyl – tak, macie rację.)

Supreme Ruler 2020

November 25, 2009

Witajcie Ziemianie, tu mówi Yxarderaenhhh CMXXXIII z planety Xidredoran 76 w galaktyce Pluzdraciaha bliżej znany wam jako Przemysław Bryk. Dziś chciałbym przedstawić Waszej zacofanej cywilizacji zarys kontynuacji naszej ulubionej gry komputerowej, którą już niedługo dostarczymy na Waszą małą planetkę.

Otóż jakiś czas temu, jeden z naszych wysłanników przywiózł z Waszej (tak, tak, z Waszej) planety grę Supreme Ruler 2010. Gra owa podbiła sergla i wymorny fanów komputerowej rozgrywki na naszym rodzimym Xidredoranie 76. Byliśmy nią po prostu zachwyceni. Każdy młody i stary, rzadki i gęsty, okrągły i kwadratowy – wszyscy chwytali w swe macki klawiatury i myszy by bez ustanku, przez kolejne tradony grać w ten największy cud Waszej cywilizacji. Gdy już obgraliśmy Supreme Rulera 2010 na wszystkie sposoby (nawet niektórzy grali wspak i po Rumuńsku) wysłaliśmy naszego plenipotenta do twórców tego arcydzieła. Byliśmy zaszokowani, gdy dowiedzieliśmy się, że Battlegoat Studios było zaskoczone, że z zaskoczenia ktoś kupił ich grę. Ponoć zawsze myśleli, że ich produkcję nabyło tylko dziesięć osób z Gwinei Równikowej. Notabene, są to imigranci z konstelacji K`uhs`ygasd w czwartym Bragydorze. A tak przy okazji, jest mi smutno, Ziemianie, że żaden z Was nie zainteresował się tym arcydziełem na skalę galaktyki. Najwidoczniej jeszcze jesteście na zbyt niskim poziomie rozwoju, by móc pojąć Supreme Ruler 2010. Pfh, co ja mówię. Wy nawet nie macie macek i dedrontów!

Tak czy inaczej, zażądaliśmy niezwłocznego wydania kontynuacji SR2010 i stąd właśnie wziął się ten międzygwiezdny plan produkcji Supreme Ruler 2020. Gra zostanie stworzona tutaj, na Ziemi, wytłoczona w hutach przy Galamorze IV i rozprowadzona po całej herystej części galaktyki za pomocą uratyjskich krążowników pyłowych. W tym także i u Was. Prawdę mówiąc, nie liczymy na wysoką sprzedaż w Układzie Słonecznym, chociaż z Wami nierozumnymi małpiszonami to nigdy nic nie wiadomo.

Supreme Ruler 2020 nie będzie zbytnio różnić się od poprzedniczki. Nadal gracz będzie zasiadał na fotelu przywódcy wybranego ziemskiego narodu i prowadził go do ogólnej dominacji nad pozostałymi nacjami – zarówno dominacji militarnej, jak i ekonomiczno-gospodarczej. I nie myślcie, że bycie przywódcą takiego państwa to ot tylko kierowanie ruchem wojsk czy wyznaczanie produkcji odpowiedniego modelu czołgów. O nie! Tutaj zarządzamy dosłownie wszystkim – kontrolujemy bezpośrednio budżet państwa, ustalamy jaki procent podatków ma zostać wydany na szkolnictwo, opiekę społeczną czy służbę zdrowia, obieramy preferowane taktyki bojowe, sprawujemy pieczę nad badaniami naukowymi, zajmujemy się rozlokowaniem przemysłu lekkiego i zbrojeniowego, wydobyciem surowców naturalnych, budową kolei i autostrad. Poza tym należy zadbać o dyplomację oraz handel międzynarodowy by zaspokoić zapotrzebowanie choćby na ropę czy węgiel. No i wciąż należy spoglądać na pasek popularności wśród ludu (ew. przywódców wojskowych, gdy jako ustrój mamy komunizm). Można by wymieniać tak jeszcze długo, to wszystko czym zająć się powinien gracz podczas rozgrywki. No, ale przecież lepiej będzie, jak wybierze sobie jednego z dostępnych ministrów, by zadbał o to wszystko za niego. Jednak prawdziwy Xidredoranin robi wszystko sam, własnymi mackami.

Gdy już wyprowadzimy swoje państwo na poziom lokalnego supermocarstwa możemy przejść do tego co najlepsze – podboju sąsiadów. Wojna to jeden z ważniejszych elementów rozgrywki, choć nie będzie ukazana w szałowy sposób. Ot, po prostu figurki-symbole poruszać się będą po mapie w określonym kierunku i napadać na figurki-symbole przeciwnika. Ale słuchajcie mnie, w poprzedniej części miodnie się spoglądało na przesuwającą się granicę w stronę stolicy wroga. Żadnych samodzielnie dowodzonych bitew, żadnych trójwymiarów i wybuchów. Czysty minimalizm. Jak i poprzednio, sam gracz zadecyduje czy rozgrywkę poprowadzi w czasie rzeczywistym, bądź jak woli w turach. Piękne rozwiązanie. Szczególnie, że zmiana ta nastąpić może w każdej chwili, zależnie od stanu sykurotomoloniny w organizmie grającego.

Słabą sprzedaż na Ziemi poprzedniej części twórcy usprawiedliwiali trudnym do opanowania interface`m. Bzdura. Przynajmniej dla nas na Xidredoranie 76. No, ale Wy Ziemianie tacy ułomni jesteście jacyś. I refleks betonowej ściany macie. Na naszej planecie to jest główny temat żartów o ludziach. Naprawdę, dzięki Wam niejeden wieczór ze znajomymi przy kilku frydach kończy się bólem pulpaxów ze śmiechu. U nas, najlepszy gracz potrzebuje tylko pięciu macek do obsłużenia Supreme Ruler 2010. Mimo to, Battlegoat uparło się, by jeszcze uprościć interface. Tak, by ludzie i inwalidzi z wojen sergorrorjańaskich pograć mogli.

Prostszy interface wcale nie oznacza, że cała gra będzie bardziej spłycona i okrojona z niektórych elementów. Co to, to nie! A wręcz przeciwnie nawet! Twórcy planują pogłębić model ekonomiczny i polityczny gry. Dodatkowo twierdzą, iż poprawią sztuczną inteligencję komputerowych przeciwników. Całe szczęście, toć komputery z Der myślały lepiej i szybciej niż wróg w SR2010. Nieoficjalnie mówi się, że algorytmy SI przekazali twórcom sami Tregocjanie z ich gwiezdnego komputera-matrycy wiszącego ponad chmurami wulkanicznej planety oB–213. Nie wiadomo co na to Sergitus – sam komputer-matryca. Wszak on niezbyt przychylny jest grom komputerowym.

Ponadto wymyślono, że przy okazji wydania sequela wypadałoby poprawić nieco oprawę graficzną Supreme Rulera. Znów pomysł niedorzeczny jak zjedzenie ukrala. Całe szczęście będą to tylko poprawki kosmetyczne, na które składać się mają na ten przykład zdjęcia ziemskiego globu wprost z satelitów NASA i krążącego od kilku lat po orbicie glamyckiego wszechpanercnika. Bardzo dobrze, że nikt nie wpadł na pomysł – o zgrozo – przeniesienia gry w trzy wymiary! Ble! Takie posunięcie zniechęciło nas choćby do dalszego wspierania finansowego producentów serii Europa Universalis. A takich Sygotów na przykład już rozdrażniło kosmicznie. Istoty te żyjące jedynie w dwóch wymiarach pogubiły się już w samym menu. Ciężka sprawa.

I tak co bym o grze nie napisał, nikt z was białkowce w to nie zagra. Bo i screeny do zapowiedzi są załączone, a wy w dużej mierze po tym oceniacie gry. Ot, taki Crysis jakiś. Nie wiem co wy w nim widzicie, przecież stareńka Europa Universalis 2 ma lepszą grafikę! To wszystko przez pochodzenie od małpy zapewne. Też żeście sobie przodków wybrali. Całe szczęście jest jeszcze w tej części galaktyki spore grono zatwardziałych fanów (a poznacie ich po mackach), które kupi grę od razu gdy będzie dostępna nawet nie czytając tej zapowiedzi czy recenzji finalnej gry, którą zaanonsowało już X-Cosmos. I dobrze! Bo ja już zacieram macki i gładzę się po propyciu z podniecenia i przyspieszonego biegu apytominy płynącej w moich strzyłkach. Będzie kosmiczne granie!

Vangelis – Blade Runner Trilogy

November 25, 2009

[jakiś tam dzień 2008 na początku]

Jako, że od momentu ukończenia prac nad filmem Blade Runner minęło już dwadzieścia pięć lat, reżyser Ridley Scott postanowił wykorzystać ten jubileusz by przedstawić – jak twierdzi – finalną wersję tegoż, nie ukrywajmy, arcydzieła światowej kinematografii.

W ten sposób fani filmu otrzymali akurat na gwiazdkę Blade Runner: The Final Cut na dwóch płytach DVD. Jednak, ci bogatsi fanatycy mogli sobie sprawić niemały prezent pod choinkę – wypasioną, ekskluzywną i w ogóle zią pięciopłytową edycję DVD. Jeżeli twórcy nie wrzucili tam wszystkich możliwych materiałów o filmie, to dwa ostatnie krążki muszą zawierać filmy porno. Inaczej nie da rady zapełnić pięciu nośników do pełna.

Jednakże nie o tym miała być mowa, a o wydanej – z tej samej okazji, co za zbieg okoliczności – reedycji ścieżki dźwiękowej z Blade Runnera. Jej twórca – znany (przynajmniej mnie) grecki kompozytor Vangelis najwidoczniej nie chciał pozostać w tyle za Ridleyem Scottem i nową wersję soundtracku wydał na płytach trzech. Tyle, że CD.

Wiadomość o niechybnym nadejściu Blade Runner Trilogy ucieszyć mogła wszystkich fanów zarówno twórczości Vangelisa jak i wielbicieli filmu. Głównie z tego względu, iż wydana w 94 roku oficjalna ścieżka dźwiękowa z Blade Runnera pomimo tego, że jest niezwykle dobra, jest także lekko mówiąc – okrojona. Wyznawcy kultu Łowcy Androidów zaradzili jednak temu w 2003 roku, gdy w sieci pojawił się bootleg Blade Runner Esper Edition zawierający ponad trzydzieści utworów (znaczna część niepublikowanych wcześniej, te znane już stały się niekiedy dwukrotnie dłuższe niż w oryginale). Ten, także świetny bootleg nie zadowolił jednak wszystkich. Wszakże nie został zatwierdzony przez samego Vangelisa. A temu (jak i reszcie muzyków z jego pokolenia, którzy jeszcze żyją) nie spieszyło się zbytnio z nowym wydawnictwem.

Wtem zdarzyła się okazja, której Vangelis przeczekać nie mógł. I wydał wreszcie. I lekko zawiódł. Cóż. Pierwsza płyta zestawu Blade Runner Trilogy to zremasterowana, nie różniąca się ani o sekundę, oryginalna ścieżka dźwiękowa wydana trzynaście lat temu. Oczywiście z poprawionym dźwiękiem, lepszym kręceniem się w odtwarzaczu, bardziej okrągła etc. etc. etc. Acz już drugi krążek to ciekawość dla fanów. Zawiera bowiem dwanaście nie publikowanych wcześniej utworów wprost z filmu. Świetna pozycja by wrzucić do odtwarzacza i wsłuchiwać się w nią przez pół nocy. Bardzo dobre przedłużenie tego co zawarto na krążku pierwszym. I tu pojawia się zawód wyrażony pytaniem – I to wszystko?

Tak. To wszystko, jeżeli chodzi o muzykę z filmu Blade Runner. Po raz kolejny wydanie nie jest kompletne i brakuje jakiejś części z całej ścieżki dźwiękowej. No, ale mówi się trudno i przechodzi do CD numer 3. A tam niespodzianka. Nie jest to bowiem ani minuta muzyki z filmu – zamiast tego kompozycje stworzone po latach, pod wpływem samego Blade Runnera. Niejednokrotnie połączone z wypowiedziami różnych osób mniej lub bardziej związanych z powstaniem filmu (w tym kwestie Ridleya Scotta czy Rutgera Hauera). Pomysł ciekawy, a i zrealizowany nawet dość dobrze z zachowaniem klimatu oryginału. W kilku miejscach jest może zbyt technowato jak na mój gust, ale ogólnie wrażenia są w pełni pozytywne. Szczególnie spodobać się może utwór o enigmatycznej nazwie Spotkanie z Matką. Głównie z tego względu, że jest w pełni po polsku, a głosu użyczył sam Roman Polański. Jednak spoglądając nań okiem nie Polaka Spotkanie z Matką jawi się jako jeden z najlepszych utworów na krążku trzecim. Razem z Piano in an Empty Room i Sweet Solitude.

Głównym targetem Blade Runner Trilogy są fani filmu i miłośnicy twórczości Vangelisa. I to im w zasadzie jako jedynym polecam wyłożenie blisko osiemdziesięciu złotych i zakup tego wydania. Nie tylko świetnie sprawować się będzie jako eksponat w niejednej kolekcji, ale także bardzo przyjemnie będzie się go słuchać w gwieździste wieczory. A, że wydanie znów niepełne? Cóż, poczekamy aż Scott wyda Blade Runner: Finaly Final Cut, a nuż wtedy się uda…

CD1:
01. Main Titles
02. Blush Response
03. Wait For Me
04. Rachel’s Song
05. Love Theme
06. One More Kiss
07. Blade Runner Blues
08. Memories Of Green
09. Tales Of The Future
10. Damask Rose
11. Blade Runner (End Titles)
12. Fading Away

CD 2:
01. Longing
02. Unveiled Thinking
03. Dr. Tyrell’s Owl
04. At Mr. Chews
05. Leo’s Room
06. One Alone
07. Deckard And Roy’s Duel
08. Dr. Tyrel’s Death
09. Desolation Path
10. Empty Streets
11. Mechanical Dolls
12. Fading Away

CD 3:
1. Launch Approval
2. Up And Running
3. Main From India
4. BR Downtown
5. Dimitri’s Bar
6. Sweet Solitude
7. No Expectation Boulevard
8. Vadavarot
9. Prefume Exotico
10. Spotkanie z Matką
11. Piano In Am Empty Room
12. Keep Asking

Rok wydania: 2007

Jedzenie podczas grania w GTA – tekst wspólny

November 25, 2009

Gdy gramy sobie beztrosko i zuchwale w kolejne części ulubionej serii czas mija prędziutko przy tej wspaniałej zabawie. To fakt. Lecz w trakcie, gdy mkniemy kolejnym skradzionym autem przez wirtualne miasto strzelając przez okno do przypadkowych przechodniów odzywa się On… GŁÓD. Ua! Okropny i diabelnie sprytny to przeciwnik! Oj tak! I nie da on się zgładzić sprawnym kopniakiem między oczy, co to to nie! Potrafi obalić nawet największych tytanów. Szczególnie, gdy tytan ma do tego nadkwasotę i reumatyzm, a cały jest z papieru. Jest kilka sposobów na poradzenie sobie z GŁODEM podczas gry w GTA. A jakie sposoby nań mają członkowie redakcji GTAcENTER?

Tedi:
Ja, moi drodzy stonodzy, ja osobiście nie przepadam za głodem. Nie jest to człek, z którym chciałbym sypiać w jednym łożu. Bo śmierdzi i jest kosmaty. Nie wątpimy także, że ma zeza. Ale to nie jest powód by go od razu zmuszać do prac w zakrystii, o nie. Co robię by załagodzić tego krnąbrnego i gnuśnego potwora, szczególnie w przypadku, gdy pruję na motorze z zakrwawionymi oczami żeby wypełnić czekpojnta na spidzie do lewela? Moim ulubionym sposobem na GŁÓD jest malowanie kredkami świecowymi. Maluję głównie owce i koniki. Zdarza się też, że namaluję pieska i budę. Ale to rzadko. No bo wolę koniki. Szczególnie na fioletowo. Taki obrót sytuacji zmusza GŁÓD by ten zrejterował i pozostawił mnie samego na chodniku. A ja sobie jeszcze maluję różową rakietę i słonika z trąbą. A żeby było fajniej – przy tym wszystkim podskakuję na lewym pośladku. To pierwszy sposób na GŁÓD. Drugim sposobem na GŁÓD jest drugi sposób na GŁÓD. Nie wiem o nim wiele, rzadko go używam, orientuję się tylko, że jest to drugi sposób na GŁÓD i głównym jego założeniem jest działanie na GŁÓD w sposób drugi. Działając drugim sposobem na GŁÓD GŁÓD zachowuje się i kwiczy jakby został potraktowany przez trzeci sposób na GŁÓD. Bowiem trzeci sposób na GŁÓD jest jednym z okrutniejszych, ale też go lubię. Otóż należy przytrzasnąć GŁÓD brzuchowy w drzwiach od lodówki. GŁÓD przystrzaśniony to GŁÓD zgładzony. I kwiczy jak potraktowany sposobem drugim na GŁÓD, który powoduje, że kwiczy jakby był potraktowany sposobem trzecim. To mimo wszystko nie takie skomplikowane jak się wydaje. Mając na uwadze fakt, że wszystkie te czynności można wykonać lewą ręką kierując samochód z bohaterem którejkolwiek części Gwiezdnych Wojen. Oto mój sposób na GŁÓD.

Tedeward:
Ja, jako postać nieco mądrzejsza niż mój poprzednik Tedi głód zwalczam w sposób bardziej tradycyjny. Otóż mianowicie zrzucam na siebie siedemnasto tonowy odważnik. Żeby było szybciej, wciągam go na wysoką górę za miastem i pcham na ośle w kierunku Paryża. Żeby lepiej nabrać w żagle wiatrów. Gdyż wypadowa prędkości osła stanowi ekstremum funkcji ujemnej schematu Hornera i działa wykładniczo na marchew w moim bucie, która paralelnie odkrzywia prostą biegnącą dynamicznie wśród zmiennych stałych, które wedle prawa Faradaya muszą pod wpływem anihliacji cząstek progresywnych dezaktywować iluminatywne prądki strukturalne. Z tego wynika, że zgodnie z zasadami Maxwella i Keplera ekspensywna dynamiczna wykładnia supresora odrzuca indukcyjność omów na statecznej płaszczyźnie Kelvina. W ten sposób oscylator harmoniczny spręża odchylenia względem prostej i przesterowuje je na kinetyzm trygonometryczny. Więc widzicie, że samo naprowadzenie indukcyjności omów jest tutaj zupełnie zbędne, gdyż samostanowienie auksynów popycha do dalszej ekspansji materii w układzie regresywnym. Wszak nie ma nic przaśniejszego niż zwiększanie entropii w układzie o podstawie bazowej równej akumulacji energokinetycznej akceleratorów diploidalnych. No czyż nie? W ten sposób głód pozostaje nienaruszony i dalej może mnie głodzić.

Tedon:
Atoli zaprawdę powiadam wam, że głód z niebios przyszedł! Kto ma uszy, niechaj słucha. Kto ma nos, niechaj dłubie. Z niebiosów pan rzekł do mnie dnia czterdziestego od nawiedzenia w Tanie. Rzekł do mnie w te słowa: Przyjdzie czas, przyjdzie czas ludzi, ludzi którzy będą mieli głód i ludzie ci będą głodni. I ludzie ci nie będą jedli długo. Bo ludzie to będą głodni. Albowiem głodni będą, gdyż w gębach swych nie ponieśli od długiego czasu chleba. A nie ponieśli chleba, więc są i głodni. Albowiem głodnych ludzi poznacie po tym, że długo w gębach nie mieli ni ziarna, ni chleba, ni owocu, ni mięsa żadnego. A ja pytam go w te słowa, Panie, jakże poznam ich po sobie? A pan rzecze: Przyjdą tu nocy szóstej ludzie syci. I nie będą to ludzie głodni. A poznacie ich po tym, że będą syci, a nie głodni. I ci ludzie syci będą udawać, że głodni są. Ale nie dajcie się zwieść, gdyż ludzie to są syci. A po nich przyjdą ludzie głodni. A będą to ludzie głodni, gdyż w gębach nie mieli od dawna nic co zjadliwe. I mówić będą, że nie są głodni. Nie wierzcie im. I wtedy pytam pana jak ich odgłodnić należy. Więc dasz im rybę. A oni jej nie tkną. Więc dasz im zupę. A oni jej nie tkną. Więc dasz im cielęcia. A oni go nie tkną. Więc dasz im sałatkę wegetariańską. A oni jej nie tkną. Więc dasz im chleba. A oni go nie tkną. Więc dasz im mrożone tiramisu. A oni go nie tkną. Więc dasz im kiełbasy. A oni jej nie tkną. Więc dasz im kopa w tyłek. I oni będą smutni. Tako rzecze Bóg i prawo o głodzie i jego żniwach.

Budyń:
UUuuuuababa buebuaa baub ubaububaub uuee bebebe beb euuauuauauau ueueuueauuu uuuu uuuu uubauabub aubuaebua. UUebebebebeebeb euueueueue. UEkKekEK!K!KK!EK!!!!!!! Ububvubueueeeee. WUuuwbuabububaubheubwueebuw beelel leblel lleeeeeeeeeee lblelbleble. Bolebleblebl!!!! UUEueueueueu ueb uebeu beub euouabeaabuboaeubuabou ebubuoae b buo be obweobu uobueo baoeuoaeb ueboaeu obuoBUOAEBu obaueboa UUOBo bAUOBUo bauoB uB OB oBUAOBAOeubuoaB uoeb ueoB uebU!!!! Ubebeb ueb uebu ebu buebuebuebue!!!!!!!!! bUEBUEBEUBU!E!!!!!!

Laszlo:
Birtokol semmi magyarul, tehat semmi ne lenni.

Much Wacław:
Bzzzzzzzzzzzzz. Bzzzzzzzzzzzzz. Bz. Bz. Bzzzzzzzzzzzzz. BZZZzzzzZB BZZZZZZZZZBZZZZZZZZZ. Bz. Bzbzbzbz. Bzzzzzzzzzz. Bzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzziiiiiiiiiuuuuummmmmmmmm. Bzzzuuu. Bzzz. Bzzzzeeee. Bzzzzzzzzzzz. Bz bz bz bz bz bz BZ!!!!! BZ!

Puszka Sardynek:
Wiecie, u nas to ciasno jest, ale jak się sprężymy to i w GTA czasem który z nas sobie zagra. Więc sobie ostatnio tak gramy, gramy, gramy. A tu przyszedł wielki spasiony grubas, spoconym łapem otwarł puszkie i zjadł sardyna Papiszka. O co chodziło?

Pan Kran:
Ja, jako kran, mam duże doświadczenie w zwalczaniu Głodu. Byłem kiedyś przy tym, jak jedna kobieta w ciąży, o dziwo, rodziła. I tam była pielęgniarka, której sąsiad miał wujka, który kiedyś słyszał o tym, że na wojnie był człowiek, który widział w Afryce kogoś, kto znał człowieka, który przechodził obok faceta, który swego czasu czytał o kobiecie, która wspinała się na Kilimandżaro i stamtąd zobaczyła ptaka, który usiadł kiedyś obok osoby głodnej. Nie wiem jak to się skończyło, ale wiem jak wyleczyć Głód podczas gry w GTA – można zasejwować grę, odejść od komputera i wyskoczyć z trabanta spadającego z bombowca atmosferycznego. To zawsze skutkuje.

East:
Co za głupi tekst. Co za głupi Tedi. Weźcie ich lepiej pozamykajcie w jakichś kontenerach i wyślijcie na Księżyc. Albo dalej. Bo ja już nie wytrzymuje.

Doktor Tedi:
Jako renomowany psycholog stwierdzam, że ów efekt głodu jest tylko sposobem na zatarcie ubogiego libido i problemów seksualnych. Prawdopodobnie osoba posiadająca ów, jak to zwiecie – GŁÓD – cierpi na niepohamowaną chęć przeprowadzania orgii seksualnych z użyciem wielu gumowych elementów. Jednakże ów chęć jest hamowana przez świadomość i zastępowana głodem. Głód ten zniknie dopiero gdy przeprowadzona zostanie orgia – zapewne z udziałem co najmniej trzynastu osób. Aczkolwiek pewności nie ma co do tej trzynastej. Wszak wszystko to wina podszytego seksem problemu emocjonalnego Głodującego. Od razu widać, że człowiek ów, ów pacjent, jest niewyżyty i rzuci się na pierwszą istotę podobną tylko do kobiety od razu bez nawet gry wstępnej. To chore. Ale prawdziwe. Określiłem ten nowy typ dewiacji jako guodofilia. Naprawdę, to jedna z najbardziej obrzydliwych rzeczy, z jaką się spotkałem we własnym łóżku.

Pan Kleks:
Dzieci, ściągnijcie porteczki i chodźcie do Pancia Kleksik….*@&&*#TG*8VGFTuhbj wwwwsssssssszzzzzzzzzzzzzzz…..

/// Przepraszamy za usterki. Wracamy do programu już po przerwie. ///

Ding ding ding piparupa piparupa. Dingi gingi fuciu fuciu.

**** Przerwa ****

Ding ding ding piparupa piparupa. Dingi gingi fuciu fuciu.

Wracamy do programu w przerwanym momencie.

………..No i wtedy Pan Jezus powiedział, że to nie jest ładnie i powinien przeprosić. Koniec. – zakończył ksiądz Henryk. – Wiedzcie dzieci, że nie można czynić złego… No, może tylko masonom i Żydom.

Wieszak na koszule:
Ja to z głodem walczę w ten spos…. /// Nie, nie, nie. Zaczyna się robić zbyt głupio. Pana Krana i Puszkę Sardynek jeszcze mogłem znieść, ale tego już za wiele. Wieszak na koszule?! Co może wiedzieć o głodzie Wieszak na koszule? Zamiast tego przeczytacie fragment bengalskiej sztuki teatralnej w aranżacji indonezyjskiego reżysera, którego nazwiska nikt nie potrafi wymówić. ///

- Matko! Jakże mogłaś to zrobić?! – zawył z bólu Iniri Chan.
- Synu jednorodny rodzony w mękach mych siedem dni i trzy noce… Musiałam. To było jedyne wyjście. To nie moja wina. Nie moja!
- Matko! Matko moja druga, spatchowana. – wzniósł ręce ku zdeformowanej głowie matki Iniri Chan – Jakże to tak? Własnemu synowi?
- Synu najmniej kochany! To była decyzja twojego nieżyjącego już ojca!
- Matko moja matkowna! To mój ojciec nieżyje?
- Tak synu synowany! On zmarł! Przeżarły go wpół korniki, bo miał żołądek z dębu a płuca z osiki.
- Oh matko!
- Och synu!
- Ale matko…! Jakże mogłaś to poczynić tak czy inaczej! Ojciec już nie zyje, nie spostrzegłby, że nie ma dwóch ciasteczek w jego sekretnym wazonie…
- Synu! Bo ich tam nie ma…
- Jak? Jak to?
- Bom ja ci sama je zjadła!
- Nieeeeeeeeeeeeee………….!

Kurtyna.
Koniec.

A teraz coś z Tekstu wspólnego z nowego numeru GTAcENTER.

Jedzenie podczas grania w GTA – tekst wspólny

Tedi:
Ja to z głodem radzę sobie w sposób różny. Najczęściej zamykam oczy i mówię w myślach, że głód to tylko wymysł mojej wyobraźni. No bo wiecie, to tylko takie głupie stwory znikają, więc i głód powinien zniknąć. Nie znika. :( Ale swoją drogą nie myślicie, że olej napędowy świetnie nafaje się na faje? Hihi. Taki żarcik słowny. Niemniej jednak pamiętajcie, że głód można zwalczyć również napalmem, miotaczem ognia, deską klozetową, kombajnem, wykałaczką, kupą wiórek i skrzypem. A czasem też skrzypkiem. No i to chyba wszystko.

To był tekst z cyklu Teksty Wspólne GTAcENTER.
“Jedzenie podczas grania w GTA”
Wystąpili i przemówili na temat zwalczania głodu:
Tedi
Tedeward
Tedon
Budyń
Laszlo
Much Wacław
Puszka Sardynek
Pan Kran
East
Doktor Tedi
Pan Kleks
Ksiądz Henryk
Wieszak na koszule
Kaloryfer
Mistyczna Pomarańcza
Zblazowany Piec Kaflowy
Zdjęcie Paris Hilton
Pinokio
Lech Kaczyński
Antoni Macierewicz
Adam Małysz
Tomasz Lis
Wiesław Skarpeta
Skarpeta Wiesława
Boba Fett
Zuy Lord Sauron
Tedonator
Tedex
Tedorn
Teditus
Helmut Gunter von Hockenstortzen
Jajko
Enrike Iglesjas
Pan o nazwisku nieznanym
Anonimowy Żyd
Dwóch upitych Brytyjczyków
Habib z Akki
Habib, emir Trypolisu
Habib, szejk Aleppo
Habib, kalif Kordoby
Habib Habib
Tao Te Ching
Cho Kha Pyc
Lee Wi L4
Benedykt XVI
Literka I i liczba 184670008742323561112
Ponadto udzielił się ciąg zer i jedynek.

W programie wykorzystano fragmenty starogreckiej tragedii Epostymosa w tłumaczeniu Hose Karerasa i cztery przypadkowe wersety Koranu.

Koniec.

Pan Edek:
Uh, spóźnił się ja. A wiecie, ja jak se przy rurach zasuwam to i mnie głodzicho też niekiedy po wąciole posunie. Więc ja mu kluczem francuskim bez łeb daję, a potem … Cóż. Wyciągam se kanapolca z kiełbasyną i wcinam. A potem browcem jakim zalewam. I wsio.

GTAc – Tekstury w Vice City (część tekstu wspólnego)

November 25, 2009

Igen van. Ez komoly téma. Hiszen már ótarég ido ismert van, hogy struktúry alatt Vice City elfogyaszt szerfelett negatív mennyiség befolyás feléje közönséges mértékegység életpálya emberi. Ez nagyon egyes osztályzat teremtés nem sok alsó része vminek van alatt rosszul kiválogat struktúr hotel vkin kívül tengerpart. Mert ez gonosz van, ti ismert. Csak egy bizonyos mazochista, vagy más katolikus Żábol képes vmire – köszönhetően félkegyelmu fanatikus (rajongó) és szorulás (feléje orca) – játszik alatt VC nélkül hajpánt feléje hely illetlen. Mert hely hely vannak borzasztó! Ne hajlamos vmire ők. Ez tény.

Tud drága gyermeky, hogy mindaz amely belovagol alatt struktúry Vice City mert vétek Cseho és ők csimpánzy. Mert kicsoda ez püspökség, hogy csimpánzy táplál répa és régi sör? Nagyon kényelmetlen kell ül feléje ők, ne szakérto? és ez hatás feléje közönséges hubéres gyors váltakozás. Mert hubéres gyors váltakozás kényszerít van ne. csak irányában játszik, de és irányában ül és valamint külso feléje gonoszság struktúry enni banán. Aü! Aü! Ez ne van következő kiírás ból ciklus “költészet között minket” ne van, mert van begyógyult után magyar, há há há! Jól titeket! Amíg szokatlan, hogy mindaz ért mi lenne vmit ért ugyan. Lengyel belőletek büszke. Bár ne. Ne lengyel. Wą. Tieitek hely van kivétel hely. Bár, Biblia mond, hogy ez ne ig vég ne hely van. Mert Ádám és Éva van velük kívül. Csak akkor kígyó azaz, hogy van hely. Há. Ez találékony írnok. Nem sok van ide figyelmes. Bon ton. Felé és általában. Ne azaz. Akként hallgat. O.

Nassol gondolaty. Talán nektek valami lengyelül vmit? Ne. Ne van minek. Igen van nem sok megért. Oy ti vidra, ti vidra. Talán ne szakérto, hogy lengyel olyan milyen lengyel. Tz lenne buta. Kivétel. AAáá! Kígyó! Szkücié! Szkücié! Van neki kígyó le cipő*! Chémosh ne van valódi megkeményedett pala. Mick szemérmetlen és gonosz letölt Hary Poter. Mert ez ilyen margó brigád szerkesztőy van. Semmi nektek immár több ne megmond kinn tárgy struktúr Vice City.

Tekstury sux!

GotLink.pl