Szkut mnie bije gumowym pasem, żebym mu napisał do tekstu wspólnego coś o wrażeniach płynących z mojego monitora podczas grania w San Andreas. Gdzie płynących? Nie wiem. W każdym razie nie wiem co to za pomysł, żeby w GTAcENTER pisać o jakimś… GTA! I to jeszcze San Andreas. Kto to kiedyś widział, żeby w GtaCenter teksty o grach komputerowych były. Jeszcze tych paskudnych i koszernych grach jakie serwują nam Japończycy tudzież inni Amerykanie mając na celu zmiękczenie mózgów i… o w mordę! Zmiękczenie wody! Podczas gry płynące wrażenia spływają do naszych kanalizacji gdzie miękczą wodę! Matko boska wielkiego potwora spaghetti!
No, ale nie o tym. W San Andreas grałem dawno, dawno temu. Chyba byłem jeszcze wtedy czarny nawet. Mhm. I śpiewałem techno i grałem nawet hip hop. Na podwórku, przed domem. Na banjo dziadka. A może to było banjo babki? Hm… Ich bajna są dość podobne, a pamięć omylna. Więc grałem na tym banjo, grając hip hop, przed domem, na podwórku grając w San Andreas co by zmiękczyć wodę dla Japończyków. No i pięknie było. Pięknie. Wielki, muskularny afroamerykanin machał tyłeczkiem przed moimi oczyma. No cudnie. No i strzelał jeszcze wypinając swoje pośladeczki. O! A potem się spasł i go utopiłem w jeziorze. Na traktorze. Ale przeżył. Bo był karpiem. Dziwna sprawa.
I pewnej nocy grając sobie w San Andreas przybył do mnie Wódz Pawie Oko. Nie wiem czego chciał, bo zajrzał jeno do lodówki i wyszedł oburzony. A ja płynąłem na fali płynącej z wrażeń San Andreas o bohaterach mojego przeżycia. Nie było to łatwe. Trzeba mnie było ponton najpierw nadmuchać, bo sam osobiście pływać nie umiem, ale wsparty duchowo przez ponton na falach unoszę się wyśmienicie. Jednakowoż wolę przychylność dmuchanych krokodyli, bo co jak co, ale krokodyl pontonowi nie równy. Przyznacie sami. Aż dziw, że w San Andreas nie było żadnego krokodyla. I pontonu. Ale był za to samolot. I to nie jeden, o! Szkoda jeno, że nie łatwym było wydostać się nim poza atmosferę ziemską. Szkoda, szkoda. Ale ze spadochronu się fajnie skakało. Co prawda spadochron sam ma ledwo kilkadziesiąt centymetrów, a lot z niego nie był zbyt długi. No, ale wspomnienia pozostają. Skoczyłem tylko raz, za drugim już się bałem. Bo w okolicy grasowała dzika czarna dziura z dość niesympatycznym grymasem na horyzoncie zdarzeń. Widać było po aparycji i dżetach z niej ulatujących, że menda z niej niemiłosierna.
No i ten murzyn, którym byłem jakiś czas temu miał straszne problemy rodzinne. Matka go biła i jej ręce pourywało. Ojciec się spijał jak świnia, i spija się nadal, bracia jeździli na jednym rowerze w obie strony naraz, a cioteczka machała grzybami znaleźnymi pod przystankiem. Piętrzyły się też innego rodzaju różne patologie, ale lepiej o nich nie wspominać. Rzeknę tylko słowem – flatufilia. I wszystek jasne już jest. No i ten czarnoskóry miał swoich plenipotentów w innym wymiarze, przynajmniej z tego co zrozumiałem z fabuły, całej tej pożal się boże potworze (spaghetti), gry. A główną ideą jaka przyświecała murzynowi i jego plenipotentom to był bodajże imperatyw kategoryczny, ale pewności nie ma, bo mówili w slangu i ciężko zrozumieć był bełkot ten psu sąsiadki – Aluńci.
Faktem jest, że pies nie żyje dłużej niż Nietzsche, ale łeb miał nie od parady, a slangu zrozumieć nie mógłby i tak. Z głównej przyczyny, że był psem. Gdyby był oponą, to kwestia byłaby zupełnie inna, praktycznie nie dyskusyjna, ale był psem i zrozumieć nie mógł ni krzty z tego co mu zaserwowali w psią budę (nie mylić z Budę, francuską formą budyniu). Uf, dajcie mi odsapnąć. Gargantuiczne stężenie patosu i absurdu. Ufff. Więc szarżował tenże czarnoskóry ze sztandarem Kostaryki w dłoniach na okopy Moskali oswabadzając tym samym redutę Ordona. A jak to wiadome, Ordon wiatrakiem był i mu się to nie spodobało. Nie wiedzieć czemu wybuchł. Bez powodu. Bo nie wiedzieć czemu wybuchł. Przynajmniej tako rzecze Zaratustra. Ja tam nie wiem.
Wtedy z Albionu przyjeżdża zły i skorumpowany policjant polskiego pochodzenia i zakuwa afroamerykanina i jego piękne – później spasłe – później zwisłe – później znów piękne pośladki w celi razem z dewiantami seksualnymi. Nie wiedzieć czemu, nad ranem to dewianci czuli się bardziej przygnębieni niż afroamerykanin. Dziwne zwyczaje panują w więzieniach. Dlatego też afroamerykanin skazany na śmierć podjął ucieczkę śrubką wykręconą z mechanicznego pingwina, przekopał się nią do stołówki, gdzie wylał keczup, na którym poślizgnął się naczelnik gubiąc majtki. Majtki owe posłużyły do amortyzacji wahadła sprężynowego, które zrobił w celi z – o dziwo – wahadła i sprężyn. Potem wciągnął w swoją intrygę grubego Hawajczyka, który go miał z założenia – jak to grubi Hawajczycy – opóźniać w ucieczce, a w konsekwencji dać się złapać. Ukradzionym kluczem francuskim robił podkop pod dywanem naczelnego buca w więzieniu – wikarego Dżonatana. Ten nic nie wiedział, bo stał bokiem. Tak więc afroamerykanin porwał starego dziadygę, który miał drobne na koncie, by im wszystkim pozwoliły uciec ze stanu miejskim autobusem. Jednakże, afro-prizon-amerykanin-brejk nie przewidział, że autobus miejski… Nie jeździ poza stan.
Więc ich złapali za krzakiem, ale tak naprawdę to on złapał ich. I powiedział “Wuzdabuzdu” i umarli. A mnie się w to wszystek świetnie grało. Bo czołg był i supernowoczesny myśliwiec, którem można rozbić się o najwyższy budynek w stanie. Mniam. No, ale to nie jest tak jak myślicie. Ja nie miałem stosunków z Moniką Lewinsky. Choć, może kiedyś… No nie ważne. Tak czy inaczej Aluńcia zachwycona była niepomiernie tym wynalazkiem jakim są gry komputerowe. Z błogością tłukła w Tetrisa całymi dniami, a jak odkryła Pasjansa dostała orgazmu. No, ale pokazałem jej wreszcie San Andreas i się kobiecina zaśliniła calusieńka. I dywan cały. I meblościankę. I nawet regał piękny, barokowy z wykończeniami, rokokoko i te sprawy. Choć przyznam, że kobicina niech się cieszy. Bo i w życiu niewiele cieszenia miała. Kiedyś niejaki Sokal wyśmiał ją w swojej książce. Strasznie drań postąpił, a ona przecież tylko doszukiwała się algebraicznego systemu dekadencji i altruizmu emancypacji XIX wieku. Nie wiedziała, że Lew Trocki zrobił to przed nią. W Meksyku. Więc się Aluńcia zadumała, obraziła i strzeliła focha na koniec.
Wiedzcie, że San Andreas świetne jako przystawka do obiadu jest. Najpierw sobie wyskakujesz z piłą mechaniczną na miasto, a tam GEDORAH w stawie siedzi. Gracz myśli – co to u diabła? A tu nie, nie u diabła. Wcale, a wcale. Gedorah to kolejna postać tragiczna. Mąż bił ją pogrzebaczem, dzieci prały mokrymi skarpetami, rodzice napieprzali po głowie perskim dywanem, teściowa gryzła w udo, a teść, teść nic nie robił. Bo był martwy. Straciłem impet, widzicie? A powinienem mieć impet – jak rzecze Sun Tzu – niczem obły kamień toczący się ze wzgórza. A tak.
W zasadzie nie wiem co ma do tego Pam Anderson, ale sumienie jakoś mnie nie pozwala aby o niej nie wspomnieć. W jakim kontekście? Może w kontekście Gedorah? Że podobne do siebie? Może. Ale jakby Pam zamachnęła się swoimi cycami to i z Gedorah niewiele by zostało, to trzeba jej przyznać in plus. Ale jak to mawiał Tao Te Ching – Iść, znaczy iść dalej. Iść dalej, znaczy powracać. W angielsku brzmi to lepiej, a w starochińskim pewno pysznie jak smak klucha na łachu. Pięknie rzekł Tao Te Ching, a jak trafnie w związku z Pam. Dość paralelnie.
Skąd inąd zachodzi pewien konflikt interesów między – starożytnym, nie ukrywajmy – Tao Te Chingiem a naszym afroamerykaninem. Rozumiecie, dwa różne światopoglądy (imperatyw kategoryczny!), dwie różne kultury, dwa różne światy. Może dlatego Tao Te Ching opuścił dwór durnego cesarza i wyruszył w podróż, choć był taki stary już? Może i być. A może to przez miecz Damoklesa wiszący nad planetą nadchodzący z głębi Obłoku Oorta, gdzie żerują magiczne Budynie? Wiecie, kiedyś słyszałem, że jeden magiczny budyń zjadł dwóch Brytyjczyków za jednym razem. I mu smakowali nawet. Dziwak.
Budyń ten był pod okupacją rosyjskiego caratu, i jakoś mu nieśpieszno było do konsumpcji Kuryli i Aleutuów. Dlatego zamieszkał po latach niepokoju w Port Moresby, w Papua-Nowa Gwinea. A co! Ponoć to on był też przyczyną rozruchów na placu Tiananmen, ale nikt tego potwierdzić w stu procentach nie może. Szczególe, że f(x) wychodzi nieco inne. Może jednak San Andreas nie jest takie złe w porównaniu do feministycznych poglądów egzaltacji XVI wiecznej elity północnej Abchazji, ale mimo wszystko nie zachwyca tak jak Jesień Średniowiecza Huygensa. Co to, to nie.
Tak czy inaczej jest to swego rodzaju meritum teraz, bowiem San Andreas jest fajne, ale grać w to dziś nie sposób. Szczególnie dla leniwców i osób o refleksie betonowej ściany. No, ale jak grywa się jeno w Pasjansa na najwyższych detalach (liczba klatek na sekundę spada do około 0,5 fps) to i tak być musi. Musi, nie musi. Znaczy, jest to dość kontrowersyjna hipoteza. Można by rzec, że bardziej kontrowersyjna niż stwierdzenie, że Biblia to dobre źródło historyczne. Prawdę mówiąc już lepszym źródłem historycznym jest kronika Gala Anonima, który wspomina, że jednego roku narodziło się ciele o dziewięciu głowach i dziewięciu kopytkach. Taki z niego ćpun i schizofrenik był.
Potok słów płynie przeze mnie jak rzeka. Lepiej niż przez pijanego Morrisona. Serio. Lecz wiedzcie dzieci, że pingwin eksplodować musi. Niezależnie czy stoi na, czy pod telewizorem. Choćby był z piernika (telewizor). Z piernika był też nasz afroamerykanin, którego zagrywałem na śmierć. Taki pyszny z niego pierniczek był, że pożarła go kiedyś ryba. A raczej wiele ryb. Jednak w sumie to jedna. I nie był nią sum, a wieloryb. Choć wieloryb ani myśli być rybą, cwaniak jeden. Co tam się działo lepiej określić jednym tylko zdaniem – gehenna. Generał Bem by przynajmniej wielorybu z rakietnicy przypieprzył w podudzie, ale że go tam akurat nie było piernik musiał się przeciskać przez gruczoły potowe. A to miłe nie jest, wierzcie mi.
Brak mi jeno ciągu fantastycznego w tej całej opowieści o afroamerykanie. Ot, żeby spotkał księdza katolickiego niosącego w umyśle nauki Chrystusa. To by była fantastyka. Albo żeby spotkał bezdzietnego mormona. Taak. No, ale trywialna i realistyczna historia, którą wam streściłem jest tak płytka jak jest – płytka jak płytka. Płytka DVD w tym przypadku. Słuchajcie więc mnie, mechaniczne sowy. Bo mądrze mówię już od samego początku – nieładne ze strony twórców było pominięcie całkowite doktryny Monroego w strukturze gry. Wstyd! Po prostu wstyd! Ja nie wiem gdzie oni się wychowywali, w Kambodży u Pol Pota?
Wspaniały wódz Mao kiedyś rzekł. Rzekł bardzo mądrze. Rzekł tak mądrze, że właściwie nie zrozumiałem co rzekł. Moje uszy niegodne jego mądrości. Wielki Mao rzekł, a potem najechał Tybet. I ogolił wszystkie głowy lamom. I wtedy lamy uciekły w Andy. Nie wierzcie, że lamy cały czas żyły w Andach, to obrzydliwe kłamstwo! Potem Mao się sklonował i poleciał w kosmos. Chińczycy to fajny naród. Pomysłowy i skory do wielu zabaw. Szczególnie z bronią. I białą i palną. I atomową nawet. Miłe to z ich strony.
Żeby było milej, wspomnę o jakimś komuniście. Ot, o Stalinie na ten przykład. Ponoć ojciec go bił i zamykał w szopie. Radykalnie wpłynęło to na postać naszego afroametykanina, który podług koncepcji twórców całkowicie różnił się od podanego wyżej Stalina. Tylko kolor skóry pozostawili im ten sam. No i włosy w nosie. Budowniczy wieży Babel. Kto? Nie wiadomo.
Kiedyś w dolinie Eufratu i Tygrysu żył sobie Nabuchodonozor. Jeździł po krainie w swoim poniemieckim (a właściwie post-pruskim) czołgu A7V i strzelał do żyraf. Pewnego dnia odwiedził go Omar Sharif i zapytał. O co go zapytał i jaką dostał odpowiedź do dziś nie wiadomo. Anarchoprymitywiści twierdzą, że coś o upadku zachodniej cywilizacji. Neofaszyści – o rezurekcji Adolfa – koker spaniela zdechłego w ubiegłym roku. Dentyści, zaś o ukrytych pośród nich zbrodniarzach hitlerowskich, SS-manach i naukowcach doktora Mengele. Kto ma rację wie tylko Krzysztof Ibisz. Bo on wie wszystko, i ma piękny zgryz. Rzekłbym – solidna niemiecka robota.
Słuchając tego wszystkiego można dojść do wniosku, że twórcy fabuły San Andreas odeszli od zmysłów dziesięć lat temu i do tej pory do nich nie wrócili. To chyba był rozwód permanentny. Ale cóż biedny człeku, musisz sprostać ich fanaberii. Jak nie, toś faggot. Czemu? Już śpieszę z wyjaśnieniami. Otóż na początku czternastego stulecia… Nie wydarzyło się w tym względzie nic. Wiek później ani drgnęło. Ale już siedem eonów wcześniej… Coś było nie tak. Czyżby czas oderwał się od przestrzeni? Czyżby czarna materia nagle wybielała ze wstydu? A może czarną materią jest wierszowany Murzynek Bambo, który boi się wybieleć? Słuszny strach tutaj zaobserwować można. Bo skąd się wziął nagle tutaj neandertalczyk jak nie z mleka? A? Dodajmy, że ów typ zajadał się świecami i pił kartony zostawiając sok dla dzikich mamutów. Ze sztywnymi członkami. Wszystkimi.
I tu mamy jawne zaprzeczenie teorii ewolucji. Bo skąd się nagle u neandertalczyków wzięły mamucie sztywne członki? Hę? Toż to podważa wszystko co ten dziwak Darwin wymyślił. Niechże sczeźnie w piekle stary zbereźnik! Takie świństwa by nie przyszły do głowy nawet Markizowi De Sade. Ot! Choć już po hrabim Motne Christo bym mógł się spodziewać. Jak to po facecie kopiącym dołek przez pół życia. A mógł przecież wykorzystać ten sam sposób ucieczki z więzienia jaki użył nasz afroamerykanin w jednej z misji. Czyż nie prostsze? Trud byłby nieco z drobnymi na autobus, ale z pewnością by sobie z tym poradził przebierając się wcześniej za strach na wróble.
Kiełbasa jęczy mi za uchem co bym już kończył te wywody na temat wrażeń płynących z gry w San Andreas. Jak widzicie, cała gama wrażeń nam się tutaj kreuje w kolejnych misjach, etapach, dzielnicach. Cóż, to piękne, że twórcy postarali się zawrzeć całą historię ludzkości w jednej grze. Chała im za to! Chała po wsze czasy! A Mike Oldfield zagra im na dzwonie rurowym. A co! Jak rozmach, to rozmach. A nuż się Bela Lugosi podniesie z grobu, to i rzeknie przekonująco by pociągnąć za sznurki, bo on nie ma już domu. Tak to jest podczas realizacji Planu 9. Skądinąd nie z bliska.
A skoro już o tym. Jeżeli by kto miał reżyserować San Andreas, tę ich fabułę, którą streściłem, to jeno mógłby to być Ed Wood. Bo on by sobie z nią jeden tylko poradził. A jakże. Bo to geniusz był proszem pańestwa, moje drogie mechaniczne sowy. Zapraszam do rzeźnika po odbiór reszty. Nie będę się rozdrabniał i rzeknę – Drang nach Osten ludzie! Drang nach Osten! Mit deine orzeszek und die sztrase! Drogie mechaniczne sowy, zauważcie moje zapędy poligloty z trampoliną. Co innego gdy się mówi o czymś innym. Wtedy jest zaiste inaczej. Choć to także kwestia dyskusyjna – jak kształt wszechświata rysujący się jako jedna podwójna membrana.
Ot, czuję że zbliża się wielki kolaps. Tekst rozwijał się i rozwijał od początkowej wielkiej eksplozji. Ależ w środeczku znów wyhamował by w końcowej części znów dynamicznie się zwęzić do jednej supergęstej i nieskończonej osobliwości. Tak więc i spotkamy się następnym razem, przy kolejnym wybuchu, tyle że tamtym razem rozszerzanie się tekstu może się już nigdy nie zakończyć. A byłoby to bardzo bolesne dla moich palców i waszych mózgów, tosterów, czy czego tam jeszcze używacie do pomyślunku. *yawn* O, proszę. Widzę, że to już stan niemalże hibernacji tekstu. Zło. Zło. Zło. Zło. Zło. Zło. Zuo. Zło. Zło. Zło. Zło. Zło. Zło. Co ciekawe, nie użyłem kombinacji CTR+C CTR+V do napisania tego poprzedniego. Widzicie więc – każde zło jest oryginalne i na swój sposób niepowtarzalne, bo pisane samodzielnie i rzetelnie i profesjonalnie i ogólnie zią! AAAA!!!
